środa, 28 maja 2014

Mgliste granice rzeczywistości... I zarysy tego co poza nią. "Unicestwienie" ["Annihilation"] i "Authority" - Jeff Vandermeer

"There was a time that the pieces fit, but I watched them fall away
Mildewed and smoldering, strangled by our coveting
I've done the math enough to know the dangers of our second guessing
Doomed to crumble unless we grow, and strengthen our communication
Cold silence has a tendency to atrophy any sense of compassion
Between supposed lovers
Between supposed brothers "

Tool "Schism"

"...the shadows of the abyss are like the petals of a monstrous flower that shall blossom within the skull and expand the mind beyond what any man can bear"
Jeff Vandermeer "Annihilation"

Jeśli szukacie spokojnej lektury, która ma utwierdzić Was w przekonaniu że świat to stabilne miejsce, Wasze zmysły i umysł pozwalają w pełni zrozumieć rzeczywistość, a rozróżnienie między snem a jawą to dziecinnie prosta kwestia - omijajcie szerokim łukiem najnowsze dzieło Jeffa Vandermeera. Są dla Was inne książki. Dla tych którzy chcą wkroczyć w ciemność, która zapada gdy rozum śpi i przeżyć filozoficzny, "milczący terror"* - mistrz Vandermeer zabierze Was w podróż, której długo nie zapomnicie. To jest taka fantastyka i taka realizacja klasycznej idei o wkroczeniu wgłąb "terra incognita", na jaką czeka się często całymi latami. Rzecz po której otrząsam się jak po "Piątej głowie Cerbera" Wolfe, "Ubiku" Dicka, "Vurcie" Noona czy "Ślepowidzeniu" Wattsa - jednym słowem: klasa mistrzowska... Prawdziwa wyprawa do Serca Mroku czy też Jądra Ciemności z silną nutą "metzingerowską" (świadomość to neurologicznie symulowane złudzenie, poczucie realności utrzymuje się tylko dzięki temu, że mózg nas oszukuje - polecam lekturę "Being No One" prof. Thomasa Metzingera lub obejrzenie jego wykładów na Youtube). Jeśli jeszcze zastanawiacie się czy warto przekroczyć Granicę, zwiedzić Latarnię i zejść do Tunelu, będącego dla niektórych Wieżą - czytajcie dalej.

“The map had been the first form of misdirection, for what is a map but a way of emphasizing some things and making other things invisible?” J.V. "Annihilation"

Vandermeer doskonale wie co pisze i to czuć na każdej stronie. Jest w pełni świadomy, że ogrywa klasyczny temat ze wszystkimi jego kliszami - wyprawa w miejsce gdzie zaszło "zdarzenie", wewnętrzne konflikty wewnątrz grupy, groza, poczucie że za chwilę staniemy się świadkami spotkania z czymś co nie daje się łatwo ogarnąć rozumem, wreszcie - jakiś potwór wyskakujący z ciemności. Łatwo to przemienić w banał, ograny i przewidywalny schemat. Na szczęście pułapki kiczu i nudy zostały skutecznie ominięte - Vandermeer perfekcyjnie panuje nad detalami, psychologią postaci, opisem świata i atmosferą, która faktycznie gęstnieje z każdą przeczytaną stroną. I co najważniejsze - "Unicestwienie" ma swój własny, oryginalny ton spotkania z tym co faktycznie Obce. Przez książkę przewija się bardzo ciemny, wręcz nihilistyczny ton mówiący, że stając twarzą w twarz z tym co jest zupełnie odrębne od realności i rozumu, narażamy się na ostateczne poznanie samych siebie, spoglądamy w pracujące mechanizmy naszego umysłu, a to bardzo niebezpieczna i przerażająca wiedza. Jednym słowem - Lovecraft spotyka Lyncha oraz grupę neurokognitywistów i razem pichcą dość wybuchowe danie. Dla mnie wyśmienite :).

"He understood why the biologist liked this part of the world, how you could loose yourself in a hundred ways. How you could even become someone different from who you though you were"
Jeff Vandermeer "Authority"

Drugą częścią "Unicestwienia" jest dostępna na razie tylko po angielsku powieść "Authority". Nierozerwalnie związana z "Unicestwieniem" książka opowiadająca o tajemniczej organizacji odpowiedzialnej za wyprawy do Strefy X. I agencie po przejściach, który trafia do siedziby tej właśnie tajnej organizacji by odpokutować popełnione niegdyś błędy. Jak można się domyśleć - atmosfera i zagadkowość Strefy udziela się wszystkim którzy ją badają lub mają do czynienia z tymi, którzy z niej "wrócili" (choć rzadko można to nazwać prawdziwymi powrotami). Paranoidalna, duszna atmosfera, więcej pytań niż odpowiedzi, nieznośne napięcie panująca w zamkniętej grupie ludzi - Vandermeer znów fantastycznie gra na emocjach czytelnika i z ogromną precyzją prowadzi fabułę, pozwalając powrócić grozie z poprzedniego tomu. Ostrzegam - ta książka miesza w głowie co najmniej równie mocno co "Unicestwienie" i wcale nie pozwala na proste konkluzje. Tajemnica Strefy wciąż pozostaje wielką zagadką. A biedny czytelnik jest skazany na to by wyczekiwać z wielką niecierpliwością trzeciego tomu - "Acceptance", który będzie dostępny na Amazon dokładnie w dniu moich urodzin :D. Przypadek? Nie sądzę :D.

Podsumowując, rzecz niezwykła, doskonale napisana i ogromnie oryginalna. Atmosfera grozy i tajemnicy zbudowana doskonale, gra każdy detal. Do najnowszych książek Vandermeera podchodziłem bardzo nieufnie, a teraz tylko odliczam dni do premiery trzeciej powieści w serii. Banalna z pozoru historia rozrastająca się w opowieść o cieniach naszych umysłów, której nie powstydziłby się Lovecraft lub David Fincher. Nietrudno wyobrazić sobie ekranizację zrobioną właśnie przez kogoś pokroju Finchera czy Nolana - byłaby naprawdę mocna rzecz, ech, pomarzyć zawsze można :). Tymczasem życzę Wam drodzy Czytelnicy wyprawy poza Granicę, która mam nadzieję trochę namiesza w Waszych umysłach. Uważajcie na to światło, które niesiecie w sobie. I pamiętajcie, że cisza też jest rodzajem przemocy. A w trzcinach czai się groza.

Nie potrafię się powstrzymać przed utworem, który dość dobrze oddaje atmosferę obcości panującą w "Annihilation"/"Authority" Vandermeera, miłych snów:



* kto słuchał klasycznych płyt King Crimson - ten wie o czym piszę i co Robert Fripp miał na myśli określając tak swoją muzykę:)

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Tam gdzie ulice nie mają nazw, miejsca w których Istnieją Drzwi i stoją zapomniane Księżycowe Labirynty, czyli wędrówki w cieniu płonących słońc - Gene Wolfe "The Land Across", "There are Doors", "Shadows of the New Sun: Stories in Honor of Gene Wolfe"

"Your streets should have names", I told Martya.
"If this street had a name and I called to it, would it come to me?"
Gene Wolfe "The Land Across"

Przyznaję się, nie będę nawet tego ukrywał, ba dokonam nawet czytelniczego coming outu - amerykański autor Gene Wolfe jest pisarzem na tle którego mam lekką obsesję. Może nawet nie taką lekką skoro przeczytałem już praktycznie wszystko co napisał, niektóre pozycje nawet wielokrotnie, a do wielu na pewno powrócę w ciągu najbliższych lat. Nie ma co ukrywać - każda lektura "Pokoju", "Księgi Nowego Słońca", "Żołnierza z Mgły", cyklu "Archipelag", czy "Piątej Głowy Cerbera" ma w sobie posmak metafizyki. To jest literatura dziwna nawet jak na pojemny i zróżnicowany gatunek jakim jest ogólnie pojmowana fantastyka, rzecz z gatunku gęstych, złożonych i trudnych, a Wolfe z wielką sprawnością zastawia na Czytelnika pułapki, jego narracje to istne labirynty, a jego narratorzy kłamią, mają problemy z pamięcią albo źle postrzegają rzeczywistość. Ale to uczucie kiedy po tygodniach, miesiącach a nawet latach wciąż myśli się o tych niesamowitych zdaniach, niejednoznacznych bohaterach, światach w których realność miesza się ze snem - to jest ta potężna siła która pcha mnie z powrotem do prozy Wolfe. Jeśli to ma być nałóg którego nie pozbędę się do końca życia to nie widzę przeciwwskazań. W końcu czytanie Wolfe niczym nie grozi - poza, jak zauważył pewien recenzent, pozbyciem się bezpiecznego poczucia że rzeczywistość jest czymś stałym i stabilnym.

The waves were regular, small and smooth, the water blue and dark with mystery. A bird flew somewhere overhead, weeping endlessly over an imagined sorrow.
Gene Wolfe "The Sea of Memory"

"Shadows of the New Sun: Stories in Honor of Gene Wolfe" to kolekcja na którą czekałem bardzo długo. Jest tym na co każdy fan Wolfe na pewno po cichu liczył - inni Wielcy składają należny hołd mistrzowi narracji i wyobraźni. Rzecz fenomenalna i przebogata, ale dość hermetyczna - najwięcej radości z tego zbioru będą mieli czytelnicy bardzo dobrze znający najważniejsze powieści i opowiadania Wolfe - szczególnie Archipelag ("Wyspa Doktora Śmierci i inne opowiadania" i inne opowiadania z cyklu...), "Księgę Nowego Słońca", Żołnierza z Mgły", "Słoneczny Labirynt", "Piątą Głowę Cerbera". Dla reszty rzecz raczej zbyt trudna i zawiła, nie polecałbym jako początek przygody z iluzoryczną prozą Wolfe. Na mnie największe wrażenie zrobiły teksty Gaimana (cudowny "Księżycowy Labirynt" będący hołdem dla przepięknego, tajemniczego "Słonecznego Labiryntu"), Nancy Kress i Micheala Swanwicka. Ale i teksty mniej znanych mi autorów, takich jak Marc Aramini i Jody Lyn Nye są naprawdę świetne. Całość pokazuje jak bardzo proza Amerykanina wpłynęła na wyobraźnię wielu autorów, jak bardzo jest dla nich osobiście ważna i inspirująca do własnych literackich poszukiwań. O dwóch opowiadaniach samego Mistrza powiem tylko tyle, że dla nich samych warto by było nabyć całą kolekcję - szczególnie drugie z nich "The Sea of Memory" to taki 100% Wolfe - wstrząsający, ale bardzo subtelnie rozegrany tekst sf o śmierci i odchodzeniu. Niesamowite wrażenie robi minimalistyczna narracja i wspaniały język. Taką fantastykę lubię najbardziej - niesamowicie oryginalną, filozoficzną, nie dającą o sobie zapomnieć. Jeśli drogi Czytelniku jesteś już fanem Wolfe, doskonale znasz jego teksty i ich liczne interpretacje, to musisz tę kolekcję mieć, kup teraz, natychmiast, koniecznie. A jeśli jeszcze nim nie jesteś to cóż, warto zostać ("Pokój" i "Księga Nowego Słońca" to świetne pozycje na start) :).

(...) and we walked on silently while the trees made fun of us. Their silence was a lot bigger and a lot older than ours.
Gene Wolfe "The Land Across"

"The Land Across" to taki Wolfe jakiego uwielbiam i do którego chcę wracać. To jest dziwna i pokrętna powieść, z tym nie dającym się podrobić, onirycznym klimatem. Podróż do kraju (bez nazwy, gdzieś na wschodzie Europy) ukrytego przed światem, niewidocznego na mapach. Wędrówki po miastach o ulicach bez nazw (w końcu - czy jak nazwiesz ulicę to czy ona do Ciebie przyjdzie?!), niepojące spotkania z istotą, której nikt poza głównym bohaterem nie widzi. No i naturalnie narrator wobec którego należy stosować raczej ograniczone zaufanie. Książka, którą musiałem przeczytać dwukrotnie by zrozumieć przynajmniej niektóre tajemnice, ale co do kilku mam nadal wątpliwości. Kłamstwa i labirynty, marionetki, czarna magia, mrok, miłość i cudowny styl z jakim to wszystko jest napisane. Są takie książki, których atmosferę czuję się w środku wiele tygodni / miesięcy / lat po przeczytaniu, to jedna z nich. Wiadomo - Wolfe.

“In the universe, there are things that are known, and things that are unknown, and in between, there are doors.” William Blake
"If it weren't for the doors I wouldn' tell you a thing - that would be the best way. You may see one, perhaps more than one, at least for a little while. It will be closed all around.(...). Please read carefully. Please remember everything I'm saying. You must not go through." Gene Wolfe "There are doors"

O tej książce chyba napiszę najmniej. Wciąż nie mogę się z niej otrząsnąć. Jedna lektura to stanowczo za mało. Jest dziwna i nieoczywista nawet na standardy Wolfe. Są w niej Drzwi. Są lalki żyjące własnym życiem. Inny świat, do którego gdy się zabłąka to trudno z niego wrócić. To historia szaleńca szukającego nierealnej miłości. Albo historia człowieka, który padł ofiarą Bogini z innej rzeczywistości, która poluje na mężczyzn jak na owady. Albo jedno i drugie. Narratorowi tradycyjnie trudno ufać, Wolfe ma swoje ulubione chwyty. Ta książka jest tak spokojna, miła i jednoznaczna jak Twin Peaks jest spokojnym, odprężającym miejscem na letni turnus. Jesteście ostrzeżeni. Dobrej zabawy i uważajcie - jak przejdziecie przez Drzwi to zawróćcie, wracajcie po swoich śladach jak najszybciej... Przedziwna lektura, stanowczo dla wielbicieli "Pokoju" i "Piątej Głowy Cerbera" - naprawdę unikalna rzecz, niestety niedostępna w PL.

Na zakończenie piosenka, która ciągle chodziła mi po głowie i wielokrotnie lądowała na playliście podczas lektury "The Land Across" i "There are doors". Piosenka dla syreny :).

poniedziałek, 15 lipca 2013

Bytem post-ludzkim jestem i nic co obce nie jest mi nieludzkie... Kim Stanley Robinson "2312 - A Novel"

I think that science-fiction is the best, most relevant literature of our time Kim Stanley Robinson, wywiad "Living in a Science Fiction World"

You are the creature of the sun. The beauty and terror of it seen from so close can empty your mind, thrust anyone into trance. It's like seeing the face of God, and it is true that the sun powers all living creatures in the solar system, and in that sense is our god. The sight of it can strike thought clean out of your head. People seek it out precisely for that.

Trochę czasu od ostatniej recenzji minęło, będę się tłumaczył pracą, studiami podyplomowymi, generalnym brakiem godzin w 24h i w ogóle, ale i tak wytłumaczenie to kiepskie, więc nie ma co się tym zajmować tylko pora polecić najnowszą książkę Kima Stanleya Robinsona - "2312". Bez dwóch zdań - jest to świetna, naprawdę powalająca, napisana z wielkim rozmachem i zmuszająca do myślenia wysokogatunkowa i wysokokoncepcyjna fantastyka. Stawiam ją mentalnie na półce z najlepszymi współczesnymi osiągnięciami literatury sf - "Diasporą" Egana, "Anathem" Stevensona, "Accelerando" Strossa, "Ślepowidzeniem" Wattsa, "Embassytown" Mieville. O czym opowiada 2312? Dla mnie osobiście to przede wszystkim książka o przekraczaniu granic - nie tylko w sensie przestrzeni (podbój i terraformacja Układu Słonecznego), ale i biologii (modyfikacje ciał i umysłów pozwalające wyjście poza ograniczenia homo sapiens), medycyny (długowieczność!), technologii (AI zyskująca świadomość), ekologii (budowanie nowych światów, próba naprawy błędów przeszłych pokoleń), czy nawet relacji międzyludzkich, sztuki, etyki i filozofii. Robinson autentycznie poszalał (naturalnie w pełni pozytywnym sensie) - wizja ludzkości kolonizującej kolejne księżyce i planety jest nieprawdopodobnie bogata, miejscami szokująca (standardy, zwyczaje, formy życia podlegające ogromnym ewolucyjnym ciśnieniom w świecie gigantycznych przemian), wgniatająca w ziemię efektownymi, bardzo przekonującymi "panoramami" ludzkości (post-ludzkości?) AD 2312 - poruszające się po powierzchni Merkurego miasto, statki-terraria zbudowane z przekształconych asteroid mieszczące w sobie całe światy i ekosystemy (od tych znanych z Ziemi po zupełnie eksperymentalne), kolonie-balony ukryte w chmurach gazowych Jowisza, czy w końcu dotknięta kataklizmami, zniszczona przez ludzką chciwość i bezmyślność Ziemia z miastami zalanymi przez podnoszące wody w oceanach i milionami ludzi żyjącymi w skrajnym ubóstwie, nie mającymi szans na ucieczkę "w górę". Niestety świat w roku 2312, pomimo gigantycznego rozwoju naukowo-cywilizacyjnego, wciąż pełen jest biedy, głodu, konfliktów i skrajnych nierówności społecznych - w tych kwestiach Robinson nie wierzy w cudowną przemianę natury ludzkiej pod wpływem rozwoju technologii.

If you program a purpose into a computer program, does that constitute its will? Does it have a free will, if a programmer programmed its purpose? Is that programming any different from the way we are programmed by our genes and brains? Is a programmed will a servile will? Is human will a servile will? And is not the servile will the home and source of all feelings of defilement, infection, transgression, and rage? could a quantum computer program itself?

Kto czytał poprzednie książki tego autora (np. Trylogię Marsjańską) ten wie, że to pisarz przywiązujący ogromną wagę do szczegółowości i naukowego "realizmu" futurystycznych wizji - od topografii planet i realnych warunków panujących w kosmosie po możliwą ewolucję technologii, kwestie zmian dotykających codziennego życia, polityki, ekologii czy nowych form sztuki. W "2312" ten wręcz pedantyczny world-building nabrał naprawdę oszałamiających wymiarów - wielki plus dla autora za to że na ten gigantyczny świat spojrzeć można z wielu różnych perspektyw (nie zawsze ludzkich - co powiecie na strumień świadomości z "głowy" myślącej maszyny?) - nie wypada też nie docenić fantastycznych postaci - nie ukrywam że po lekturze ciężko jest zapomnieć Swan Er Hong - niepokorną artystkę-biolożkę-anarchistkę której zwichrowana osobowość i głód rozumienia niesamowicie złożonego świata świetnie pasuje do rzeczywistości po Wielkim Przyspieszeniu. O fabule celowo nie piszę, nie chciałbym psuć Wam zabawy - faktycznie rozwija się powoli, ale to dla mnie nie wada - pozwala czytelnikowi poczuć tą niesamowitą atmosferę "inności" zaludnionego Układu Słonecznego, no i jak zawsze u Robinsona obejmuje wielkie tematy - A.I., ekologię, bezwzględną politykę, ludzkie błędy i brak zrozumienia nas samych, ceną jaką trzeba zapłacić za niekontrolowany rozwój technologii i podbój nowych światów. Nie brakuje też czysto (post)ludzkich emocji niezmiennych mimo upływu stuleci. Podsumowując: imponująca tematyka z równie imponującą realizacją, czyli fantastyka najwyższej próby, taka "z górnej półki", słusznie nagrodzona Nebulą 2012 (oklaski!). Klasa mistrzowska. Polecam bez wahania :). (Tak na marginesie - w książce pojawia się piękny smaczek dla wielbicieli Wolfe - statek-miasto Whorl, którego mieszkańcy czekają na Boga Zewnętrznego, mała rzecz a cieszy, szczególnie takich fanów Wolfe jak ja). Książkę tradycyjnie można nabyć na Amazon, na wersję PL trzeba będzie poczekać (ale podobno ma się ukazać, oby!).

Dla zainteresowanych bardzo ciekawy wywiad z Autorem:



I jeszcze utwór, który towarzyszył mi przy lekturze "2312", w moim odczuciu oddający smutek i piękno kosmosu w "2312", genialna kompozycja z odgrzebanej z przeszłości wybitnej płyty Dream Theater "Awake":

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Wspaniałych lektur w 2013 roku :)

A będzie co czytać - na pewno będzie nowa powieść Neila Gaimana o której wydawca pisze następująco:
"The Ocean At The End of the Lane is a novel about memory and magic and survival, about the power of stories and the darkness inside each of us. It began for our narrator forty years ago when he was seven: the lodger stole the family's car and committed suicide in it, stirring up ancient powers best left undisturbed. Creatures from beyond the world are on the loose, and it will take everything our narrator has just to stay alive: there is primal horror here, and a menace unleashed -- within his family, and from the forces that have gathered to destroy it. His only defense is three women, on a ramshackle farm at the end of the lane. The youngest of them claims that her duckpond is an ocean. The oldest can remember the Big Bang. The Ocean at the End of the Lane is a fable that reshapes modern fantasy: moving, terrifying and elegiac -- as pure as a dream, as delicate as a butterfly's wing, as dangerous as a knife in the dark.".

Już się cieszę :)))). Podobno będzie nowa powieść Gene'a Wolfe (oby!), ukaże się też może długo zapowiadany następca "Blindsight" Petera Wattsa, były takie pogłoski. Na polskim rynku mnóstwo pyszności - wydawnictwo MAG planuje wydać m.in. powieść Jeffreya Forda "Portret pani Chabruque" (bardzo chwalona, tak jak jego opowiadania), legendarną powieść "Wurt" Jeffa Noona, "Wake up and dream" Iana Macleoda (a kto nie czytał wydanej już "Pieśni Czasu" - polecam, koniecznie!), będzie też słynne, ale trudno dostępne "House of Leaves" Danielewskiego (rekomendowane ostatnio przed Dukaja) oraz nowa książka Davida Mitchella (którego "Atlas Chmur" polecam wszystkim!). Oby udało się też polskie wydanie "Peace" Wolfe - to jedna z najwspanialszych książek jakie miałem kiedykolwiek okazję czytać. Trzymałbym kciuki też za polską edycję świetnego "Embassytown" Mieville, szkoda że wciąż nie ma bo wielu osobom bym polecił. Dla tych co nie zdążyli w 2012 roku polecam gorąco "Portal zdobiony posągami" Huberatha (bo to jednak Huberath, ten wyjątkowy styl z całą swoją niesamowitą symboliką i stylistyką, mistycznymi tajemnicami i apokaliptycznym klimatem wędrówek po niepokojących zaświatach, dla wielbicieli "Miast pod skałą" - konieczne), "Czarne" Anny Kańtoch (książka wieloznaczna, tajemnicza, piękna i niezwykła, wielkie odkrycie i pełen zachwyt!), no i koniecznie Pana Lodowego Ogrodu (czytam dopiero teraz, po ukazaniu się 4. tomu, wielki wstyd że wcześniej nie znałem, najlepsza seria fantasy w PL od czasu Sapkowskiego IMHO, jedna z najlepszych w ogóle, jest wielka moc).

Życzę wszystkim samych bardzo dobrych lub zachwycających lektur, ciekawych spotkań z autorami, owocnych dyskusji, literackich odkryć w 2013 roku :-)!


P.S. A ciekawe co robią książki Dukaja, Mieville i Huberatha w nocy... O tomach Wolfe nie wspominając, może być groźnie...

niedziela, 30 grudnia 2012

O Dickensie, Londynie i innych demonach - "Drood" Dan Simmons

My name is Wilkie Collins, and my guess, since I plan to delay the publication of this document for at least a century and a quarter beyond the date of my demise, is that you do not recognise my name. Some say that I am a gambling man and those that say so are correct, so my wager with you, Dear Reader, would be that you have neither read nor heard of any of my books or plays. Perhaps you British or American peoples a hundred and twenty-five or so years in my future do not speak English at all. Perhaps you dress like Hottentots, live in gas-lighted caves, travel around in balloons, and communicate by telegraphed thoughts unhindered by any spoken or written language. Dan Simmons, "Drood"

Najdroższy z Czytelników tego bloga,

Wiem, że zastanawiałeś się ostatnio nad lekturą jakiejś wyjątkowej powieści, nad książką która pochłonie Cię bez reszty, przeniesie całą duszą do innego świata a potem pozostawi wyczerpanego i wstrząśniętego. Twierdzisz że takich powieści teraz nie ma, takich narracji obecnie się nie pisze? Z wielką radością powiadamiam Cię że całkowicie się mylisz, a doskonałym przykładem na poparcie mojej tezy jest wielki tom zatytułowany Drood pióra Dana Simmonsa, którego być może znasz z tak interesujących pozycji jak "Hyperion", "Illium", "Song of Kali" lub "Terror". Cóż, drogi Czytelniku, nawet jeśli wymienione powyżej tomy niewiele Ci mówią (a może wręcz przeciwnie - już się z nimi zapoznałeś?) to "Drood" jest wspaniałą okazję by rozpocząć przygodę z prozą Simmonsa lub, jeśli ta proza nie jest obca Twemu literackiemu gustowi - kontynuować wspaniałą podróż z tym wybitnym władcą pióra zza Atlantyku. Gwarantuję, że sięgając po wielki, ponad 800 stronnicowy tom z niepokojącym zarysem londyńskiego dżentelmena na okładce nie przeżyjesz rozczarowania, a wręcz przeciwnie - będziesz tę wyjątkową powieść czytał z wielką fascynacją, często poświęcając późne nocne godziny by dokończyć niejeden rozdział. Taka jest moc wspaniałej prozy, o czym obaj drogi Czytelniku doskonale wiemy poświęcając niezliczone godziny naszego żywota tysiącom zapisanych stron.

His imagination was always more real than the reality of daily life.

Pytasz się mnie o czym "Drood" opowiada, dlaczego właśnie tę pozycję tak zachwalam? To powieść o późnych latach życia wielkiego Charlesa Dickensa, autora wybitnego, którego sława w swoim czasie dorównywała sławie największych współczesnych gwiazd kina lub muzyki, sybaryty, bywalca salonów, ale też bezwzględnego człowieka o niezrównanej woli mocy miażdżącej często ludzi od niego psychicznie słabszych, mniejszych. Tak na marginesie - Dickens podobno faktycznie posiadał w sobie jakąś magnetyczną moc, potrafił bez problemu podporządkowywać sobie innych, kontrolować tłumy słuchaczy podczas publicznych odczytów własnych dzieł. Ale wracając do "Drooda" - ta wspaniała powieść którą być może przeczytasz, Drogi Czytelniku, zaczyna się od tragicznych wydarzeń czerwca 1865 r., gdy Dickens podróżując pociągiem w towarzystwie pewnej młodej damy (ach nie bójmy się użyć tego słowa - kochanki) padł ofiarą tragicznej katastrofy kolejowej, w wyniku której o mało nie stracił życia, ledwo ocalił zdrowe zmysły i napotkał na swojej drodze tajemniczą, demoniczną postać Pana Drooda - złą, ciemną istotę która miała odmienić jego życie na zawsze. Jak mogłeś się Drogi Czyteniku domyśleć - tytuł powieści i sama postać Drooda nawiązują do ostatniej, niedokończonej powieści Dickensa - "The Mystery of Edwin Drood", ale robią to w sposób niebanalny, fascynujący, trzymający w napięciu aż do ostatniej strony. To opowieść o Sztuce, szaleństwie i namiętnościach targających ludźmi tak mocno, że są w stanie krzywdzić i zabijać tych którzy staną na ich drodze.

But, God help me, I loved Charles Dickens. I loved his sudden, infectious laugh and his boyish absurdities and the stories he would tell and the sense—when one was with him—that every moment was important. I hated his genius—that genius which eclipsed me and my work when he was alive, and has eclipsed me more every year that he has been dead, and which—I am certain of this, Faithless Reader—shall eclipse me even more in your unobtainable future.

Niezwykłym konceptem zastosowanym przez Simmonsa jest idea by narratorem powieści był Wilkie Collins - przyjaciel, jak i konkurent sławnego Dickensa, człowiek który jak nikt inny doceniał literacki geniusz Niezrównanego, ale też życie i tworzenie w wiecznym cieniu artysty któremu nie mógł dorównać skazało go na cierpienie i piekielne męki. Co więcej - Collins jako narrator nie wzbudzi Czytelniku Twego zaufania - to obdarzony niepokojącym talentem dekadent i nihilista, nie stroniący od niemoralnego towarzystwa, szukający ukojenia w laudanum, palarniach opium oraz ramionach młodych kochanek. Wilkie Collins jawi się jako człowiek gotowy na pakt z samym Diabłem by zdetronizować Dickensa i zyskać status najwybitniejszego z brytyjskich pisarzy. Do tego obrazu dołóżmy mglisty Londyn drugiej połowy XIX wieku - z literackim życiem i klubami dla dżentelmenów pełnymi rozmów, wielkich emocji, prywatnych wojen, oraz z ciemnymi dzielnicami biedoty, rozpaczy i nędzy, do których tak chętnie zapuszczali się zarówno Dickens jak i Collins, chorobliwie zafascynowani ludzkim upadkiem i złem. No i nie zapominajmy o tytułowym Droodzie - istocie z cieni i ciemności, mającej demoniczny wpływ na losy zarówno Dickensa jak i narratora powieści - Wilkie Collinsa, istocie która sprowadzi ich życie na bardzo niebezpieczne tory prowadzące do tragicznych konsekwencji... Ale więcej Ci Drogi Czytelniku nie powiem, nie chcę zdradzać zbyt dużo by nie naruszać ogromnej przyjemności płynącej z ogromnej pod wszelkimi względami powieści Simmonsa.

ALL RIGHT… Reader. I know that you could not care less for my history or pains or even the fact that I am dying as I labour to write this for you. All you want to hear about is Dickens and Drood, Drood and Dickens. I have been wise to you from the start… Reader. You never cared about my part of this memoir. It was always Dickens and Drood, or Drood and Dickens, which kept you reading.

Od niezwykłych obrazów londyńskiej literackiej socjety i skomplikowanych relacji łączących Dickensa z najbliższymi mu ludźmi, jego fascynacje hipnozą, gnozą i okultyzmem (sic!) aż po gotycką grozę chwil gdy na scenę wkracza tytułowy Drood - Simmons nie pozwoli Ci się znudzić, bo nawet chwile względnego spokoju są tylko preludiami do kolejnych burz i sztormów. To wspaniała powieść, bogata i gęsta, świadectwo wielkiego talentu jak i ogromnej pracy Dana Simmonsa jakie włożył w napisanie każdej strony (warto spojrzeć choćby na obszerną bibliografię obejmującą liczne biografie Dickensa, opracowania jego dzieł, jak i książki o handlu opium czy przestępczości XIX w. Londynu). Najdroższy z Czytelników, jeśli takiej książki szukałeś to zakończ lekturę tego listu, poszukaj "Drooda" w najbliższej księgarni, a potem zatop się w tej wspaniałej i ciemnej powieści by na kilka niezwykłych chwil przenieść się do innego świata, czego Ci ze wszech miar życzę,

Twój oddany na zawsze,
Przesyłający najszczersze wyrazy szacunku i życzliwości,
M.

P.S. A tak na marginesie to wybitny utwór Rachmaninova, który wiernie towarzyszył mi w lekturze najnowszej powieści Simmonsa, doskonale współgrający z tą niezwykłą aurą "Drooda".

czwartek, 11 października 2012

Inżynier machin wyobraźni, mechanik snów, zegarmistrz światów rozkwitających w pamięci, snach i marzeniach - Gene Wolfe "Peace", "The Best of Gene Wolfe: A Definitive Retrospective of His Finest Short Fiction"

"Sitting before my little fire, I know, when the wind blows outside, moaning in the fieldstone chimney I caused to be built for ornament, shrieking in the gutters and the ironwork and the eaves and trim and trellises of the house, that this planet of America, turning round upon itself, stands only at the outside, only at the periphery, only at the edges, of an infinite galaxy, dizzily circling. And that the stars that seem to ride our winds cause them. Sometimes I think to see huge faces bending between those stars to look through my two windows, faces golden and tenuous, touched with pity and wonder; and then I rise from my chair and limp to the flimsy door, and there is nothing", Gene Wolfe, "Peace"

Jak śpiewa Chris Cornell na najnowszej płycie Soundargen – been away too long. Dużo wydarzeń – tych lepszych i tych gorszych – oraz ogólne poczucie życia w biegu nie pozwoliły na odświeżanie neurobloga w takim stopniu i tak często jak tego bym sobie życzył. Ale aktualizacje będą, obiecuję, jeśli w końcu wreszcie uda się ogarnąć rzeczywistość. Na dobry początek znów o autorze, od którego uwolnić się nie mogę (i nie zamierzam), którego prozę im bardziej poznaję tym bardziej rozumiem jak mało dotąd ją rozumiałem. To taki autor "na życie", do którego tekstów z całą pewnością będę wracał przez wiele lat. Chodzi naturalnie o mistrza pułapek, labiryntów i paradoksów – czyli o Gene’a Wolfe. Tutaj pozwolę sobie na małą dygresję – są i były takie powieści które w silnym stopniu przestawiają „zwrotnice myślenia”, pozwalają odkryć niepoznane dotąd, niepomyślane terytoria, powieści które trzeba przeczytać w odpowiedniej chwili i odpowiednim czasie by wszystkie te magiczne mechanizmy literatury i wyobraźni odpowiednio „zaskoczyły”. Taką powieścią był „Władca Pierścieni”, który pozwolił mi odkryć fantastykę jako taką, mistyczna „Diuna” Franka Herberta, absolutnie doskonałe „Solaris” Lema, nieprawdopodobnie złożone „Anathem” Stevensona, hybrydowe wizje „Perdido Street Station” Mieville, neurofilozoficzne „Blindsight” Wattsa czy arystotelejskie „Inne Pieśni” Dukaja (dzięki któremu moje zainteresowanie fantastyką przeżyło wielki renesans), czy ostatnio apokaliptyczne „The Road” McCarthy’ego lub niesamowicie poruszające „The Cloud Atlas” Mitchella (mocne dowody na to że w głównym nurcie, w literaturze współczesnej z najwyższej półki, jest miejsce na tematykę znaną dobrze fanom fantastyki).

"I have sometimes thought that the reason the trees are so quiet in summer is that they are in a sort of ecstasy; it is in winter, when the biologists tell us they sleep, that they are most awake, because the sun is gone and they are addicts without their drug, sleeping restlessly and often waking, walking the dark corridors of forests searching for the sun." Gene Wolfe, "Peace"

„Peace” Wolfe to właśnie powieść z gatunku tych powodujących poważną rewolucję w czytelniczych paradygmatach, zjawisko unikalne i niepowtarzalne, próba oceniania jej na jakichkolwiek skalach nie ma dla mnie żadnego sensu - chyba że kogoś bawi konwersja czystej magii literatury na punkty lub stopnie Celsjusza. "Peace" to niesamowita literacka łamigłówka i paradoks zaszyte mistrzowsko w zwyczajną (z pozoru) opowieść o starym człowieku - Aldenie Denisie Weer - wspominającym swoje dzieciństwo i dorastanie w małym amerykańskim miasteczku, zagubionym pośród wzgórz i lasów. Ale to nie jest to tylko opowieść o przeszłości, ale też opowieść o opowieściach, o tym jak wracając do przeszłości tworzymy całe światy na nowo, przekształcamy wspomnienia i wrażenia pod wpływem chwili obecnej, tego kim jesteśmy teraz lub kim chcemy się stać. Alden Weer, tak jak słusznie zauważył jeden z recenzentów powieści Wolfe, ma wiele wspólnego z innymi postaciami stworzonymi przez tego amerykańskiego autora - Severianem z Księgi Długiego Słońca czy Latro z trylogii Żołnierza Mgły - nie ufa swojej pamięci, ale nie widzi innej drogi do zrozumienia siebie i tej dziwnej pustki w jakiej się znalazł niż wędrówka przez ciemne korytarze i labirynty własnego umysłu, wędrówka przez światy bez map i bezpiecznych ścieżek. "Peace" Wolfe to też mroczna baśń ze zjawami, demonami i historiami o ludziach których ciało przemieniło się kamień, słodko-gorzka opowieść o dzieciństwie spędzonym w rodzinie skrywającej wiele ciemnych sekretów, próba zobaczenia rzeczywistości z perspektywy dziecka - dla którego różnica między realnym i nierealnym nie jest jeszcze tak wyraźna jak w świecie dorosłych.

"(...) walls of those old houses in my mind are like that, rotting and falling, yet at the same time armed with thorns and gay with strange flowers, and bound tighter with the roots of all the living things that have grown there than they ever were with mortar and plaster." Gene Wolfe, "Peace"

Ale jest w "Peace" jeszcze jedna opowieść, ukryta wśród pozostałych, ale też z nich bezpośrednio wynikająca, opowieść którą czytelnik odkrywa dopiero po skończeniu lektury, dzięki której można zrozumieć kim jest naprawdę Alden Weer i docenić mroczny żart Gene'a Wolfe jakim jest takie a nie inne zatytułowanie powieści. Naturalnie tego ostatniego, najważniejszego elementu zdradzać nie zamierzam, odkryjcie to sami. Na marginesie dodam, że nawet jeśli kogoś te zagadki nie interesują, nawet jeśli za fantastyką nie przepada to i tak "Peace" powinien przeczytać z jednego prostego powodu. Ta książka jest po prostu niezwykle pięknie napisana - wyjątkowy styl Wolfe, głębia myśli i niespotykana wrażliwość powodują, że zamykanie "Peace" na półce z prostą etykietą "fantastyka" jest głęboko niesprawiedliwe i ograniczające - to zwyczajnie jest wielka literatura poza wszelkimi gatunkami. (Na marginesie: "Peace" przeczytałem już dwa razy i mimo to dalej pozostaje wobec tej prozy bezradny, zgadzam się z Gaimanem że druga lektura tej książki jest ciemniejsza, mroczniejsza, widać to odbicie w lustrze którego nie dostrzegamy za pierwszym razem. Wolfe to wszystko widział i wie że pewne rzeczy lepiej dostrzega się z dystansu, gdy minie trochę czasu, Wolfe to najwspanialszy z magów.)

"'I don't think you ought to lie to us.' 'Why not? If by chance you become well, you will be released, and if you are released you will have to deal with your society, which will lie to you frequently. Here, where there are so few individuals, I must take the place of society. I have explained that.'" Gene Wolfe, "The Death of Doctor Island"

Przy okazji pisząc o Wolfe nie mogę nie wspomnieć o jego opowiadaniach, po które sięgnąłem po raz pierwszy ostatnio. Zbiór "The Best of Gene Wolfe: A Definitive Retrospective of His Finest Short Fiction" z tekstami wybranymi przez samego autora polecam gorąco, bo tak jak w przypadku wielkich powieści jego krótkie teksty są zjawiskami niezwykłymi, wypełnionymi unikalną wyobraźnią, umiejętnością dotknięcia tego co nienazwane, wielkim talentem do wywołania w czytelniku ogromnych emocji. Wiele z tych historii (w tym legendarny Archipelag, czyli "The Island of Doctor Death", "Death of Doctor Island" i "Death of Island Doctor" - zbiór tekstów który łączy nie tylko permutacja słów w tytule, ale i pewien filozoficzny zamysł) to Wolfe w pigułce - piękne, ciemne, wielowarstwowe narracje z tajemnicami o których czytelnik będzie myślał długo po zamknięciu całego zbioru. Jeśli ktoś swojej przygody z Wolfe jeszcze nie zaczął - świetny start, a dla znających autora tylko z powieści - wspaniałe przeżycie, szczególnie że każdy z tekstów został wzbogacony o posłowie od Wolfe, często równie niesamowite co samo opowiadanie.

A już zupełnie na koniec pewien ciekawy fakt - Gene Wolfe, autor fantastyki dziwnej, tajemniczej i nieoczywistej, koneser literatury światowej, historii Bizancjum, znawca teologii chrześcijańskiej i filozofii, większą część życia spędził jako szanowany inżynier (!) zajmujący się maszynami rolniczymi i spożywczymi (!!), był głównym edytorem pisma "Plant Engineering", a jednym z jego słynnych osiągnięć była maszyna do robienia znanych chipsów - Pringlesów (!!!). Trudno uwierzyć? Wolfe jest po prostu tak paradoksalny i zjawiskowy jak postać z jego własnej książki :).

PS. Dla tych którzy chcieliby przeczytać Wolfe po polsku wspaniała wiadomość - wydawnictwo MAG w ramach serii Uczta Wyobraźni planuje wydać "Peace" (powieść, która nigdy się chyba w naszym kraju nie ukazała). Mam nadzieję, że wznowień doczekają się też inne jego powieści i opowiadania, w tym Księga Nowego Słońca.
PS2. Od Wolfe postaram się chwilę odpocząć, za to na pewno planuję napisać o Johnie Crowleyu i kilku innych ciekawych postaciach :).

wtorek, 18 września 2012

Deus Ex Machina, czyli bogowie z luster, prawdy z kłamstw, theodemonie i epifanie skąpane w blasku sztucznych słońc - Book of the Long Sun: Litany of the Long Sun / Epiphany of the Long Sun - Gene Wolfe

The gods smile on us, my son, or so it is written. It's a wonder they don't laugh aloud.

I had always thought enlightment would be a voice out of the sun, or in my own head, a voice that spoke in words. But it's not like that at all. He whispers to you in so many voices , and the words are living things that show you. Not just seeing, the way you might see another person in a glass, but hearing and smelling - and touch and pain, too, but all of them wrapped together so they become the same, parts of that one thing.

Wolfe i Jego Słońca ponownie na moim blogu... Jakiś czas temu przy okazji rozmów o fantastyce znów dużo dyskutowałem o Wolfe, więc naturalną koleją rzeczy była chęć sięgnięcia po dawno nie czytane książki tego uwielbianego przeze mnie autora. Z Księgą Długiego Słońca, tak jak ze słynnym cyklem Nowego Słońca i "grecką" dylogią o losach Latro zetknąłem się już w czasach licealnych, ale wtedy jeszcze coś nie zaskoczyło. Nie do końca wiedziałem jak jego prozę odbierać, jak "czytać" jego unikalny styl, wyobraźnię i barokowo rozbuchane idee, tak specyficzna fantastyka jeszcze mnie nie fascynowała w tym stopniu co obecnie...

He is not mad. He is only more clever than you. It is not the same.

Wiele, wiele tysięcy kartek później ;)... Prozę Wolfe teraz odbieram znakomicie, być może te książki są jak ciężkie, wytrawne, czerwone wino - trzeba wyrobić sobie do nich smak, a wtedy Czytelnik zostaje obdarowany naprawdę niezwykłymi wrażeniami. Tak jak w przypadku Księgi Nowego Słońca trudno cykl o Długim Słońcu zaklasyfikować - są tu elementy typowe dla literatury fantasy (istoty obdarzone nadnaturalnymi mocami, zwierzęta mówiące ludzkim językiem, zdarzenia nie dające się pojąć "szkiełkiem i okiem", technologie tak nierealne że aż magiczne) perfekcyjnie połączone z rzeczywistością bardzo odległą od tej konwencji - na pierwsze ślady każdy czytelnik natknie się dość szybko - sztuczni, "chemiczni" ludzie, metalowi żołnierze, bogowie przemawiający przez święte ekrany wprost z Mainframe'u (Rdzenia Głównego), latające metalowe "rydwany", sztucznie wyhodowane bestie rodem z obrazów Boscha, tysiące ludzi śniących w szklanych słojach, gotowych do przebudzenia gdy Rdzeń tego zapragnie. Do tego spora porcja stuprocentowego Wolfe w Wolfe - uwielbienie do kultury starożytnej Grecji i Bizancjum, rozbuchane opisy i wielostronicowe dialogi, fascynacja ludzkim szaleństwem, świadomością, umysłem, pamięcią i próbą rozszyfrowania niejednoznacznej rzeczywistości.

Circumstances have changed (...). That's all, or nearly all. There is an essential core at the center of each man and woman that remains unaltered no matter how life's externals may be transformed or recombined. But it's smaller than we think.

Fabuła? Prosta z pozoru historia augura o imieniu Jedwab z politeistycznej świątyni przy Ulicy Słońca, który wplątuje się w wiry wielkiej polityki, namiętności i wojny kierowany objawieniem tajemniczego Boga Zewnętrznego, szybko rozwija się w złożoną, gęstą, wieloznaczną opowieść - jedną z tych gęstych od znaczeń opowieści za które tak cenię Wolfe. Uważni czytelnicy znający losy Severiana z Księgi Nowego Słońca odnajdą w Księdze Długiego Słońca elementy wspólne (zdradzać ich nie zamierzam, warto odkryć samemu). Książki te łączy też naturalnie pewien unikalny rodzaj atmosfery, tak charakterystyczny dla prozy Wolfe klimat światów rozpadających się, gasnących, dalekich od świetności. Światów w którym kłamstwa i niewiedza zakryły całą prawdę o naturze rzeczywistości, wielkie idee przerodziły się w fałszywe mity.

Paradoxes explain everything. Since they do, they cannot be explained.

To co tak totalnie odróżnia Wolfe od innych to styl, klasa rozgrywania typowych dla fantastyki elementów - Wolfe nie poda czytelnikowi na tacy informacji, że dana postać jest androidem - sztucznym człowiekiem... O nie - napisze raczej o tym jak zmęczona, stara kobieta pociera stalowymi dłońmi swoją metalową twarz, a mechanizmy w jej pordzewiałych nogach nie działają tak dobrze jak w dawnych czasach Krótkiego Słońca. Wolfe łączy grecko-bizantyjskie słownictwo z futurystycznymi wizjami, rekwizytami charakterystycznymi dla steampunku, dyskusją o teologii, religii, etyce i polityce, bawi się bohaterami (i wyobraźnią Czytelnika) używając snów, proroctw i niepokojących wizji niczym demiurg rozstawiający figury na wielkiej szachownicy. Naturalnie nie byłby sobą gdyby nie nasycił tych powieści tysiącami (pozornie) nieistotnych detali, detali które nagle zaczynają odgrywać wielką rolę w fabule, całą galerią dość niezwykłych postaci (pomysł by imiona mężczyzn, kobiet i "ludzi chemicznych" pochodziły od zwierząt, roślin, kwiatów i minerałów dodaje tym i tak niezwykłym powieściom zupełnie unikalnej atmosfery), a całej rzeczywistości Whorla (świata Długiego Słońca) nie oparł na wielkiej Niewiadomej, którą Czytelnik wraz z Jedwabiem musi rozszyfrować. Naprawdę niecodzienne zakończenie powoduje tylko, że ma się wielką ochotę sięgnąć po Księgę Krótkiego Słońca, ostatnią jak dotąd ze "słonecznych trylogii" Wolfe...

Czytanie Wolfe to wędrówka przez labirynt, to wizje niezwykłe i piękne w swojej tajemnicy, ale to też proza ciężka, złożona, wielowarstwowa, wymagająca cierpliwości i nagradzająca uważną lekturę. Jednak błyskawiczne i łatwe "przyswajanie" książek tego autora przypominałoby raczej picie wytrawnego wina duszkiem lub jedzenie wyśmienitej potrawy "w biegu" - raczej nie warto, prawda? Fantastyka chyba nieporównywalna do niczego innego, oszałamiająca, "wizyjna", bizantyjska i oniryczna, od której niełatwo się uwolnić po przeczytaniu ostatniej strony. Jak słusznie zauważył Gaiman prawdziwą magię Wolfe czuje się nawet po skończeniu ostatniej strony, tygodnie po odłożeniu książki na półkę. Zmuszająca do myślenia, piękna i groźna lektura - nie muszę chyba odpowiadać na pytanie czy i dlaczego warto jej spróbować?

This is something I have to lie about, at least until it no longer matters, simply because everyone would think I lied if I told the truth.

Na marginesie: Jeśli ktoś jeszcze w ogóle nie próbował prozy Wolfe, a ma na to odwagę - najlepszym początkiem będzie moim zdaniem "Piąta Głowa Cerbera" i "Cień Kata" (I tom Księgi Nowego Słońca). Niełatwe do zdobycia, ale warte wysiłku książkowych łowów :). Dla wielbicieli tych tytułów lektura Księgi Długiego Słońca jest absolutnie obowiązkowa :). Miłych, nocnych wędrówek po Urth, Whorlach, oceanach błękitu i dżunglach zieleni. Uważajcie na mgły unoszące się nad jeziorami, kształty bestii wymalowane na pustych niebach przy pomocy płonących słońc i twarze patrzące z luster - być może nie spostrzeżecie się, gdy zostaniecie noktolaterami ciemnej prozy Gene'a Wolfe.

PS. Wszystkie cytaty pochodzą naturalnie z Księgi Długiego Słońca.

PS II. Fantastyczna lektura Księgi Długiego Słońca w zupełnie niespodziewany sposób zbiegła się z premierą pierwszej od chyba 15 lat płyty Dead Can Dance - "Anastasis". Ich legendarne albumy "Within a Realm of the Dying Sun", "Aion", "Into the Labirynth" fenomenalnie towarzyszyły mi przy czytaniu Księgi Nowego Słońca, więc połączenie dźwięków "Anastasis" i losów postaci z Whorla Długiego Słońca było po prostu czymś naturalnym. Przy zakupie większej liczby książek Wolfe dyskografia DCD powinna być po prostu gratis (i vice versa) ;).