Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gene Wolfe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gene Wolfe. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Wspaniałych lektur w 2013 roku :)

A będzie co czytać - na pewno będzie nowa powieść Neila Gaimana o której wydawca pisze następująco:
"The Ocean At The End of the Lane is a novel about memory and magic and survival, about the power of stories and the darkness inside each of us. It began for our narrator forty years ago when he was seven: the lodger stole the family's car and committed suicide in it, stirring up ancient powers best left undisturbed. Creatures from beyond the world are on the loose, and it will take everything our narrator has just to stay alive: there is primal horror here, and a menace unleashed -- within his family, and from the forces that have gathered to destroy it. His only defense is three women, on a ramshackle farm at the end of the lane. The youngest of them claims that her duckpond is an ocean. The oldest can remember the Big Bang. The Ocean at the End of the Lane is a fable that reshapes modern fantasy: moving, terrifying and elegiac -- as pure as a dream, as delicate as a butterfly's wing, as dangerous as a knife in the dark.".

Już się cieszę :)))). Podobno będzie nowa powieść Gene'a Wolfe (oby!), ukaże się też może długo zapowiadany następca "Blindsight" Petera Wattsa, były takie pogłoski. Na polskim rynku mnóstwo pyszności - wydawnictwo MAG planuje wydać m.in. powieść Jeffreya Forda "Portret pani Chabruque" (bardzo chwalona, tak jak jego opowiadania), legendarną powieść "Wurt" Jeffa Noona, "Wake up and dream" Iana Macleoda (a kto nie czytał wydanej już "Pieśni Czasu" - polecam, koniecznie!), będzie też słynne, ale trudno dostępne "House of Leaves" Danielewskiego (rekomendowane ostatnio przed Dukaja) oraz nowa książka Davida Mitchella (którego "Atlas Chmur" polecam wszystkim!). Oby udało się też polskie wydanie "Peace" Wolfe - to jedna z najwspanialszych książek jakie miałem kiedykolwiek okazję czytać. Trzymałbym kciuki też za polską edycję świetnego "Embassytown" Mieville, szkoda że wciąż nie ma bo wielu osobom bym polecił. Dla tych co nie zdążyli w 2012 roku polecam gorąco "Portal zdobiony posągami" Huberatha (bo to jednak Huberath, ten wyjątkowy styl z całą swoją niesamowitą symboliką i stylistyką, mistycznymi tajemnicami i apokaliptycznym klimatem wędrówek po niepokojących zaświatach, dla wielbicieli "Miast pod skałą" - konieczne), "Czarne" Anny Kańtoch (książka wieloznaczna, tajemnicza, piękna i niezwykła, wielkie odkrycie i pełen zachwyt!), no i koniecznie Pana Lodowego Ogrodu (czytam dopiero teraz, po ukazaniu się 4. tomu, wielki wstyd że wcześniej nie znałem, najlepsza seria fantasy w PL od czasu Sapkowskiego IMHO, jedna z najlepszych w ogóle, jest wielka moc).

Życzę wszystkim samych bardzo dobrych lub zachwycających lektur, ciekawych spotkań z autorami, owocnych dyskusji, literackich odkryć w 2013 roku :-)!


P.S. A ciekawe co robią książki Dukaja, Mieville i Huberatha w nocy... O tomach Wolfe nie wspominając, może być groźnie...

środa, 14 marca 2012

Ogrody pozaziemskich rozkoszy, labirynty światów wewnętrznych, planety magii i fałszywych tożsamości, czyli mistrzowie Wolfe i Swanwick

I could never determine whether Mr Million is really aware in that sense which would give him right to say, as he always has, 'I think' and 'I feel'. When I asked him about it he could only explain that he did not know the answer himself, that having no standard of comparison he could not be positive whether his own mental processes represented true consciousness or not; and I of course, could not know whether this answer represented the deepest meditation of a soul somehow alive in the dancing abstractions of the simulation (...)
G.Wolfe "The Fifth Head of Cerberus"

Fantastyka potrafi być wielka, rzecz oczywista dla każdego kto zetknął się z tytułami niesamowitymi, przesuwającymi granice tego co (nie)wyobrażalne, nie dającymi spokoju długo po przeczytaniu, piekielnie inspirującymi, zarażającymi trudnymi do pozbycia się ideami. Są po prostu powieści nie dające o sobie zapomnieć. Dlatego złożę w tej notce mój drobny hołd dla dwóch takich tytułów - "The Fifth Head of Cerberus" ("Piątej głowy Cerbera") Gene'a Wolfe i "Stations of the Tide" ("Stacji Przypływu") Micheala Swanwicka. Obie powieści można by od biedy próbować szufladkować do fantastyki eksploracyjnej, opisującej zetknięcia człowiek-Obcy, przystosowywanie pod wymagania człowieka odkrytych planet, rysujących mapy pozaziemskich terytoriów. Jednak zarówno Wolfe jak i Swanwick nie potrafią i nie chcą napisać oczywistych historii, nie interesuje ich to oczywiste, to co na wierzchu, fantastyczne standardy - nowe planety, wielkie technologie, epickie fabuły. O nie, wolą zbłądzić w bardzo niebezpieczne terytoria pamięci, wewnętrznych narracji tłumaczących otaczający świat, odczuwania "własnego ja", zderzać wielkie szczyty filozofii ze zwierzęcymi popędami, zafundować nam bolesną, ale fascynującą psychoanalizę w dżunglach wyimaginowanych światów.
Perspektywy Freuda i Junga, nietrafione naukowo, za to niezwykle pociągające filozoficznie i kulturowo (ostatnio odświeżone filmowo w "Niebezpiecznej terapii" Cronenberga) mogły by być jakimiś punktami wyjścia do interpretacji zarówno "Piątej głowy Cerbera" (sam tytuł zapewne zainteresowałby Sigmunda F., fascynata sztuki starożytnej i renesansowej), której pierwszą część napędza tragiczny konflikt syna z ojcem na enigmatycznej planecie Świętej Anny, jak i "Stacji Przypływów" gdzie bezimienny, niemalże wyzbyty ludzkich cech Urzędnik ze świata zewnętrznego zstępuje na Mirandę, dziką, szaloną i groźną planetę, która oczekuje na nadchodzący apokaliptycznych rozmiarów potop - Superego zderza się z rozszalałym Id. Zarówno Swanwicka jak i Wolfe fascynuje fakt, że pomimo wspaniałych technologii, możliwości tworzenia i zdobywania światów pozostają w nas samych terytoria dzikie, niebezpieczne, nieoznaczone, te które tłumaczymy naszą zwierzęcością, biologią, magią. A są to chyba światy bardziej niesamowite niż najbardziej odległe układy gwiezdne.

Had I the power, I'd begin demolishing worlds today. (...) I'd tear the stars themselves apart and in their place build something worth seeing .
M.Swanwick "Stations of the Tide"

W obu powieściach jest też jakieś zetknięcie z jungowskim cieniem personalnym, odrażającym ciemnym Obcym tkwiącym w naszej duszy - u Wolfe to zaraźliwa i zakazana hipoteza, że mieszkańcami kolonii na planecie Świętej Anny wcale nie są ludzie, ale obcy którzy nauczyli się idealnej mimikry i tak bardzo stali się ludźmi, że noszą w sobie wielki lęk, że są obcymi podszywającymi się pod ludzi, więc przez lęk przed samym sobą stają się coraz bardziej ludzcy (i tak reductio ad infinitum, cały Wolfe), u Swanwicka to odkrycie głównego bohatera, że ścigając anarchistę, bioinżyniera, szalonego maga Gregoriana sam zaczyna coraz bardziej przypominać swojego wroga, podzielać jego szaleństwo, każdy krok na powierzchni Mirandy przemienia jego duszę. Kosmiczna odmiana conradowskiego "Jądra Ciemności".
Ale czy są to słuszne drogi do rozumienia tych powieści? Pisarz Adam Roberts w świetnym wstępie do "The Fifth Head..." stawia kolejne hipotezy - u Wolfe to czytelnik jest prawdopodobnie jednym z bohaterów, jest tytułową piątą głową mitycznego strażnika Hadesu(ale przecież był on trzygłowy? skąd dwie dodatkowe?), musi zmierzyć się ze swoją własną obcością, przebrnąć przez ciemność, uczestniczyć w katabazie, a książka jest otwartym pytaniem o sens, na które może znaleźć wiele odpowiedzi. U Swanwicka można by doszukiwać się alchemicznej dwoistości natury - na planecie Miranda, którą co kilkadziesiąt lat całkowicie zalewają biblijnych rozmiarów powodzie, każdy organizm wykształcił conajmniej kilka możliwych form życia, aby odrodzić się człowiek też musi zniszczyć swoją starą formę i z popiołów stworzyć nową... Magiczna symbolika, szamanizm, kulturowe archetypy u pisarzy s-f, w światach androidów, myślących maszyn, kosmicznych eksploracji? Dlaczego nie, jeśli czyta się takich Autorów.

Sometimes people ask why I got into this [puppett] business. I don't know. Usually I just say. Why would anyone want to play God? Make a face and shrug. But sometimes I think it's because I wanted to prove myself that other people exist. But we can't know that, can we? We can never really know.
M.Swanwick "Stations of the Tide"

Jeszcze kilka słów o konstrukcji tych książek, o stylu w jakim są napisane. Wolfe pisze swoim unikalnym "Głosem" (zapożyczam się bodajże u Silverberga), rozbuchanym, onirycznym, nielinearnym stylem, który przysporzył mu zapewne tylu "wyznawców", do których sam chyba coraz bardziej zaczynam się zaliczać. U Wolfe nigdy nie wiemy co zdarzy się na następnej stronie, gdzie ukryje detale pozwalające zrozumieć swoją powieść, kim do końca są jego bohaterowie, dokąd zmierzają te dziwne, "bizantyjskie" narracje. Swanwick też jest narratorem wybitnym, w wielu kwestiach przypominającym Wolfe, bawiącym się dygresjami, zagnieżdżonymi opowieściami, ukrywaniem sensów i częstującym Czytelnika bardzo nieoczywistym finałem. Dlatego trudno mówić tu o jakimkolwiek pojedynku między tymi powieściami - zestawiłem je dlatego, że pomiędzy tymi dwiema narracjami jest jakiś niebezpieczny magnetyzm, zbieżność filozoficznych i fantastyczno-naukowych poszukiwań, wędrówek w mrok ludzkiej psychiki - zmaganie się dusz z pragnieniami ciała, konflikt kulturowych znaczeń i magicznych obrzędów z technologiami zmieniającymi wszechświat, rozpaczliwe poszukiwania sensu i tożsamości, egzorcyzmowanie własnej przeszłości wśród więdnących, upadających rzeczywistości. Niebezpieczne, straszne, szalone, trudne do uchwycenia w kilku słowach opowieści. Należy czytać na własną odpowiedzialność! Narracje w pewien sposób podobne, ale zarazem odrębne, unikalne - bo o ile książki banalne, kiepskie są zawsze do siebie podobne, to książki wybitne są zawsze wybitne na swój własny sposób ;).

When we sing it is not the air that shakes. We shake extension; I am the song that all the Shadow childen sing, their thought when they think as one. Hold your hands before you thus, not touching. Now think of your hands gone. That is what we shake.
G. Wolfe "The Fifth Head of Cerberus"

W ramach atrakcji interaktywnych - bardzo sympatyczny wywiad z Michealem Swanwickiem:



PS. W następnym odcinku pozytywnie szalony Brytyjczyk i próba opisania mitologii Ameryki, snów o Ameryce, czyli naturalnie Neil Gaiman :).

czwartek, 8 marca 2012

Per aspera ad astra - Greg Bear "Hull Zero Three"

Creator of all
Bless those who are small
With wisdom and love.
Provide for our care
And Guide us as we voyage
Across vastness unspeakable
Toward bright new homes.
We honor space
Which is your memory,
And seek the wisdom
That is our ration,
No more, no less.
Amen.


Przyznam się szczerze, że "Hull Zero Three" to pierwsza powieść Grega Beara z jaką mam do czynienia. Na pewno nie ostatnia ("Queen of Angels", "The Forge of God" i parę innych już się prosi o lekturę ;)), bo była to niepokojąca i fascynująca podróż przez gwiazdy. Na wstępie ostrzegam jednak, że nie każdemu przypadnie ona do gustu. To książka ze specyficzną, pierwszoosobową narracją, oniryczną, ciemną, duszną atmosferą i z fabułą, której sens trzeba budować kawałek po kawałku. To posępny labirynt z niełatwym przesłaniem, w którym świetnie będą bawić się fani Huberatha, Wolfe, Mieville, M.Johna Harrisona, Egana, z tą lekturą trzeba się trochę "posiłować". Jednam sam styl prowadzenia tej opowieści, poczucie Tajemnicy, specyficzni, nie zawsze ludzcy, bohaterowie, wynagradzają początkowy trud wejścia w zagadkowy "bearowski" świat.

More words, longer, richer words, implying a process - surrounding world with its own expectations. The words are like doors that open. They hold their own promise. Soon I'm shouting big new words into the browness, the not-quite darkness. Some of them mean nothing. Others provide strengh and relief.

Głównym bohaterem "Hull Zero Three" jest bezimienny Nauczyciel, człowiek (albo dziwny potomek homo-sapiens?) wybudzony ze Snu [Dreamtime], dziwnego stanu umysłu w którym przebywał w trakcie trwającej stu- albo tysiąclecia podróży Statkiem ku nowemu, nadającemu się do zasiedlenia światu. Jednak upragniony "Raj", wymarzony nowy początek nie został osiągnięty, Statek popadł w szaleństwo, z bezpiecznego azylu przemienił się w śmiertelnie groźny labirynt. A świeżo wybudzony, niedoszły architekt nowych porządków, z wielkim trudem i powoli zaczyna przypominać sobie fakty, bez których nie da się przeżyć we wrogim wnętrzu oszalałego Statku-Matki. Co gorsza, nawet własne wspomnienia w tym dziwnym świecie mogą być iluzjami, zaszczepionymi fantomami umysłu, wytworzonymi przez biologiczne procesory Okrętu 03. Przypominające wnętrza katedr sale Statku, przedziwne istoty które Nauczyciel napotka (szalone twory zdegenerowanych biologii), odsłaniająca się powoli fabuła - najnowsza książka Beara to bilet na bardzo dziwną, hipnotyzującą podróż przez ciemny, wrogi kosmos oraz ostrzeżenie przez groźnymi siłami jakie nauka i postęp mogą przywołać. Greg Bear, tak jak wielu jego poprzedników, wyraźnie podkreśla,że istotą najgroźniejszą dla człowieka jest tak naprawdę inny przedstawiciel homo sapiens. Szczególnie, gdy w naszych rękach znajdą się tak groźne narzędzia jak wiedza i technologia pozwalające przekształcać całą rzeczywistość.

Out stories, our lives, will go on. I refuse to allow that love to die, just because it was never real.

Ciemna, naprawdę wciągająca powieść hard s-f, łącząca klasyczne motywy wędrówki do odległych gwiazd z ciekawymi wnioskami dotyczącymi manipulacji biologią i pamięcią. Mimo specyficznego, bardzo unikalnego stylu czyta się ją jednym tchem. Do tego niesamowity finał. Warto!


Krótki, ale bardzo sympatyczny wywiad z autorem:

piątek, 17 lutego 2012

Katedry nauki, objawienia idei, hymny logiki, geometrie światów doskonalszych - "Anathem" Neal Stephenson.

The full cosmos consists of the physical stuff and consciousness. Take away consciousness and it's only dust; add consciousness and you get things, ideas, and time.

Podobno Paryż wart był mszy, "Anathem" Neala Stephensona, autora fenomenalnych: "Snowcrash" ["Zamieci"], "Diamond Age" ["Wieku Diamentowego"] i "Cryptonomiconu" to proza, która absolutnie wymagała ponownej lektury by móc napisać o niej chociaż parę słów. W przypadku takich książek trzeba uważać na zamazywanie się map poznawczych, zwodniczość własnej pamięci. "Anathem" [w polskiej wersji "Peanatema"] to powieść monumentalna pod względem conajmniej kilku parametrów, nie tylko chodzi tu o objętość (~1000 stron), ale przede wszystkim o wymiar idei - Stephenson podjął się jakieś przerażającego, tytanicznego wysiłku by nie tylko stworzyć alternatywny, przebogaty świat, ale też by ten straszliwie złożony mechanizm wprawić w ruch, uczynić go żywym. "Anathem" to jeden z nielicznych przykładów gdzie gigantyczny, wielowarstwowy world-building jest integralnie powiązany z fabułą (i to jaką Fabułą) - taka sztuka udała się tylko nielicznym - Dukajowi w "Innych Pieśniach", Herbertowi w "Diunie". Huberathowi w "Miastach pod skałą", Wolfe w "Księdze nowego Słońca". Pierwszy kontakt z "Anathem" jest naprawdę intensywny, niełatwo w tę rzeczywistość "wejść" (początkowe kilka rozdziałów potrafi naprawdę wykończyć liczbą informacji koniecznych do przyswojenia by pojąć reguły funcjonowania ~rzeczywistości), ale szybko można zorientować się że świat wykreowany przez Stephensona to płaszczyzna tak fascynująca, immersywna, że niełatwo tę powieść odłożyć. Faktem jest, że po przeczytaniu "Anathem" nie można przestać "myśleć" kategoriami wykreowanym przez autora - złożonym protyzmem, hyleańskimi światami teoretycznymi, ma się wielką ochotę potraktować napływające wiadomości widłami Diaxa ;).

Our brains are flies, bats, and worms that clumped together for mutual advantage. These parts of our brains are talking to each other all the time. Translating what they perceive, moment to moment, into the shared language of geometry. That's what a brain is. That's what it is to conscious.

Jak już niektórzy się pewnie zorientowali - w przypadku tej książki niechętnie zdradzam fabułę. Nie chcę po prostu psuć zabawy, bo odkrywanie opowieści to jedna z wielu radości związanych z "Anathem". W wielkim, okrutnym, telegraficznym skrócie napiszę tylko, że główny bohater - Fraa Erazmas jest członkiem specyficznej, przypominającej (pozornie) klasztor wspólnoty naukowców, filozofów, informatyków - u Stephensona nazywanej matemem - którzy tysiące lat wcześniej odcięli się od reszty społeczeństwa po gigantycznej katastrofie cywilizacyjnej. By przetrwać stworzyli specyficzną Dyscyplinę, bardzo hermetyczny i złożony system zasad, kodeksów i regulaminów postępowania oraz myślenia, który radykalnie odróżnia ich od "świeckiego świata" extramuros. Jak łatwo się domyśleć to przechowywana w matemach (~klasztorach) wiedza i zdolności do emprirycznego, krytycznego, logicznego radzenia sobie z nieoczekiwanymi faktami będą konieczne, gdy przyjdzie zagrożenie przekraczające możliwosci poznawcze "świeckiej" władzy [Powers that Be] i umysłów "zwykłych ludzi". Stephenson porwał się na tematykę bardzo szeroką - od socjologii zamkniętych społeczeństw i konsekwencji hermetycznych zasad relacji społecznych po historię (filozofii) nauki, kognitywistykę, światy platońskie, aż po fizyki kosmiczne i rzeczywistości równoległe. "Anathem" to filozoficzno-naukowy tour-de-force, prawdziwe maksima jakie da się wycisnąć ze współczesnego s-f, ale też jedna z nielicznych powieści w tym gatunku co do których przymiotnik "filozoficzna" jest w pełni uzasadniony. Co wydaje się nieprawdopodobne teoretyczne dialogi i dysputy u Stephensona są nieraz równie fascynujące co rozpędzona akcja w niejednym cyperpunkowym klasyku (ale i akcji w "Anathem" nie braknie), a niepozorne detale delikatnie zasugerowane i wtopione w matemową rzeczywistość stają się integralnymi elementami fabuły w finale książki. I muszę to jeszcze raz podkreślić - naprawdę rzadko spotykam się w literaturze z tak nieprawdopodobnym wysiłkiem twórczym służącym do kreacji niespotykanego, dopracowanego w każdym detalu, spójnego i fascynującego świata, w którym współgrają socjologia, historia, technika, idee.

Nothing is more important than that you see and love the beauty that is right in front of you, or else you will have no defense against the ugliness that will hem you in and come at you in so many ways.

Naturalnie Stephenson nie jest amatorem w tej "world-buildingowej" tematyce - powołał już do życia niepokojącą, cyberpunkową satyrę w "Zamieci", alternatywno-steampunkową przyszłość "Diamentowego Wieku", śledził rozwój nauk empirycznych w "Cyklu Barokowym" i ciemnych kart informatyki w "Cryptonomiconie". Jednak to "Anathem" zajmuje moim zdaniem honorowe pierwsze miejsce wśród tych fantastycznych powieści i jest jednym z najwybitniejszych, złożonych i przemyślanych osiągnięć fantastyki ostatnich lat. Co najważniejsze ponowna lektura sprawia taką samą, a może nawet jeszcze większą radość, co pierwsze zetknięcie z matemowym światem. Polecam z pełną premedytacją, są w tej powieści memy naprawdę warte rozpowszechniania :).


Wystąpienie Neala w siedzibie Google po premierze "Anathem":

wtorek, 14 lutego 2012

Demoniczny, parowy i psychologiczny, czyli "za garść cennych tajemnic" - "The Half-made world" Felix Gilman

They were racing across white salt flats that gleamed like a mirror; running like a black line across new paper; smoke tumbling from them like spilled ink (...), the world becoming crude, wild, unnamed, only half-made - closer and closer to that nameless Western Sea where, they said, unformed land became fog and wild water and fire and night .

Najnowszą powieść Gilmana jest rewelacyjna, czyta się ją jednym tchem, a sądząc po zapowiedziach autor powinien się na swoim pomyśle wywrócić. Mogę się mylić, ale łączenie fantastyki z westernem kończy się na ogół bardzo, bardzo źle - powstają koszmaro-hybrydy w rodzaju "Kowboje vs. Obcy" albo "Wild wild west", słowem kicze, tandety i niewypały, o których żal wspominać. Doskonały na tym tle "Iron Council" Mieville jest niestety chyba tylko wyjątkiem potwierdzającym regułę ;). Gilman sprytnie ominął pułapkę "zderzania" całej wizji, estetyki i mitologii Dzikiego Zachodu z nieprzystającymi, obcymi elementami - po prostu bardzo inteligentnie przestawił kilka parametrów, pokombinował przy mechanizmach rzeczywistości. Westernowa scenografia Gilmana wyraźnie czerpie wzorce zarówno z amerykańskiej tradycji, jak i z psychodelicznej fantastyki Wolfe, dekadenckich dziwów VanderMeera, onirycznego mieszania w materii a'la Mieville. Na tym skrzywionym, ale przekonująco realnym Dzikim Zachodzie pionierzy budujący nowy świat wciągnięci są w krwawą walkę o władzę między wyjętymi spod prawa anarchistami, których dusze spętały żywiące się przemocą demony [The Gun], a trupiobladymi sługusami Parowych Silników [The Line], diabelskich parowozów narzucających swoją żelazną wolę przy pomocy wojny, przemysłu i brutalnej pacyfikacji wszelkiego sprzeciwu. Dorzućmy do tego nową, raczkującą naukę o umyśle i psychice - psychologię, krwawo tłumioną próbę budowania demokracji, bardzo tajemniczych, zawieszonych między światem żywych i umarłych autochtonów oraz kilka garści ciemności i mroku z anty-westernów Cormaca McCarthy'ego i powstaje naprawdę smaczne danie. Udała się Gilmanowi galeria postaci - jest wśród nich schizofreniczny rewolwerowiec Creedmor, sadomasochistyczny konduktor Lowry, uzależniona od opium empirystka Dr. Lysvet Alverhuysen, są idealistyczni generałowie, nawiedzeni kaznodzieje, zapijaczeni bandyci, oszalałe ofiary Parowych Silników, niewinne ofiary przetaczającej się przez Zachód Historii. Podoba mi się, że Gilman niewiele wyjaśnia, nie próbuje na siłę racjonalizować swojego onirycznego świata - po prostu nienawidzący ludzkości, zatruwający dymem, hałasem i toksynami świat parowóz "Glorianna" jest tu tak oczywistym elementem świata jak Nazghul w tolkienowskim Mordorze, a empiryczna nauka funkcjonuje obok absolutnie realnych, ciemnych, niebezpiecznych żywiołów z którymi komunikują się pierwotni mieszkańcy gilmanowskich krain, Ludzie ze Wzgórz.
Zaskakująca fantastyka, bardzo oryginalna dekonstrukcja/rekonstrukcja mitów Dzikiego Zachodu, a przy tym świetna powieść drogi i mimo całego bagażu (pozytywnie) dziwacznych idei - bardzo dobry western. Felixie Gilmanie - podążaj tą drogą :)!

wtorek, 17 stycznia 2012

Granice mojego języka wyznaczają granice mojego świata - Embassytown - China Mieville

We speak now or I do, and others do. You've never spoken before. You will. You'll be able to say how the city is a pit and a hill and a standard and an animal that hunts and a vessel on the sea and the sea and how we are fish in it, not like the man who swims weekly with fish but the fish with which he swims, the water, the pool. I love you, you light me, warm me, you are suns.

You have never spoken before.
"Embassytown"


Nie da się ukryć, że China Mieville jest w moim prywatnym rankingu jednym z tych autorów, na którego każdą kolejną książkę czekam z wielką niecierpliwością, nerwowo odliczając dni do premiery. Praktycznie wszystko co dotąd napisał mogę szczerze polecić jako wspaniałą odtrutkę na sztampowość i schematyczność, czyli najgorsze zmory obecnej fantastyki. Jego debiut - utrzymany w mocno gaimanowskim duchu, mroczny i duszny, zanurzony w rave'owym rytmie londyńskiego undergroundu - "King Rat" bardzo zaintrygował, a trylogia Bas-Lag ("Perdido Street Station", "The Scar", "Iron Council" - o tych książkach jeszcze chętnie napiszę, bo kusi mnie powrót do tej prozy) przypieczętowała status Mieville jako autora niesamowicie unikalnego, potrafiącego łączyć tak odrębne gatunki jak horror, powieść polityczna, western, dramat, kryminał ze steampunkową scenografią i bardzo wyrafinowanymi ideami. Jego lewicowe idee (napisał w końcu doktorat z marksizmu i prawa międzynarodowego) są wyraźnie widoczne w kładzeniu dużego nacisku na opresyjność systemów politycznych i cierpieniu spowodowanym nierównościami społecznymi a także w dyskusji na temat systemu społecznego jako konstruktu narzucającego nam trudne do obalenia wizje rzeczywistości (bardzo silny motyw w kafkowskim "The City & the City"). Jednak sam autor podkreśla, że nie jest jego celem jakakolwiek polityczna agitacja, lecz zmuszenie do przemyślenia wielu kwestii i dyskusji z wieloma aspektami rzeczywistości. Warto też wspomnieć o bardzo charakterystycznym elemencie powieści Mievillie, jego literackiej obsesji na punkcie miasta nie tylko jako zbiorowiska ludzkiego, ale też przestrzeni wyznaczającej kierunki myślenia, socjologię zachowań, poczucie przynależności - ten bardzo unikalny motyw obecny jest praktycznie we wszystkim co napisał (w "Perdido Street Station" miasto Nowy Crobuzon jest niemalże jednym z bohaterów powieści).

Po raczej zabawnym "Krakenie", łączącym absurdy życia codziennego w multikulturowym mieście z lovecraftowskimi motywami, nowa książka "Embassytown" to kolejna poważna powieść Mieville, zapowiadający nową serię opowiadającą klasyczny motyw wędrówki przez kosmos i spotkania z Obcymi. Oczywiście tak jak w poprzednich książkach Mieville używa tradycyjnych elementów do opowiedzenia pewnych rzeczy na nowo.
Pierwsze Spotkanie, tak "wyeksplorowane" już przez tak wielu autorów jak Arthur C. Clarke'a, Orsona Scotta Carda, Lema czy ostatnio Petera Wattsa, ma w "Embassytown" miejsce przede wszystkim w wymiarze psycholingwistycznym (!). To co totalnie odróżnia Gospodarzy (Hosts), dziwne istoty zamieszkujące planetę Arieke, od ludzi (naturalnie poza biologią i kulturą), jest absolutnie odrębny sposób funkcjonowania języka/myślenia jako systemu bezpośredniego opisu rzeczywistości, w którym nie ma miejsca na metafory czy kłamstwa. Można się łatwo domyśleć, że zetknięcie z ludźmi, dla których metafora i kłamstwo, zdolność do myślenia o rzeczach których nie ma albo nie może być, są jak najbardziej naturalnymi elementami systemu poznawczego ,doprowadzi do wielkich zmian w świecie Gospodarzy. Dyskusja na temat relacji język-umysł jest u Mieville nie tylko narzędziem do stworzenia bardzo oryginalnej fabuły, ale też pretekstem do niemalże orwellowskich motywów stosowania przekazu słownego jako systemu władzy i opresji. Pięknie gra też motyw podróży przez kosmos, który u Mieville przypomina bardziej mroczną, piekielną wędrówkę po obcych oceanach w duchu powieści Conrada niż radosną, optymistyczną eksplorację nowych światów rodem ze Star Treka. Czuć u Mieville fascynację mroczną, filozoficzną literaturą takich autorów jak M.John Harrison czy Gene Wolfe, gdzie wędrówki do ciemności ludzkiej dusz są ważniejsze niż zachwyt nad futurystycznymi technologiami czy epickimi wizjami przyszłości. Wielkie wrażenie robi też styl - China Mieville pisze naprawdę niesamowitym, gęstym i sugestywnym językiem, co powoduje że od rytmu jego powieści ciężko się uwolnić. Niestety jest to też duża bariera dla wielu czytelników - w książki Mieville trzeba się solidnie "wgryźć", bo poziom ich złożoności często odrzuca przy pierwszym kontakcie.
Można z wieloma ideami, również tymi politycznymi, się nie zgadzać, można nie poczuć się dobrze w dziwnych metaforach i wizjach serwowanych przez China Mieville w jego bardzo specyficznej prozie, ale jestem pewien, że "Embassytown" to jedna z najodważniejszych koncepcyjnie, najważniejszych obecnie powieści s-f, nie czytając jej traci się tyle oryginalnych idei, że jest to potworna myślozbrodnia na własnej wyobraźni.

Polecam!

Bardzo ciekawy wywiad z autorem dotyczącym "Embassytown" i jego poprzednich powieści:


Długo rozmowa z China Mieville z serii BookLust:

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Wilki czające się wśród zdań - Gene Wolfe



“We believe that we invent symbols. The truth is that they invent us; we are their creatures, shaped by their hard, defining edges. Book of the New Sun 1: Shadow of the Torturer

Napisać coś nowego i odkrywczego o amerykańskim autorze Gene Wolfe naprawdę trudno, szczególnie, że tak dużo o jego prozie napisano. Jego wielkim admiratorem jest Neil Gaiman (autor "Amekańskich Bogów", "Nigdziebądź" i słynnego, komiksowego cyklu o Sandmanie), który stworzył bardzo zabawny, typowo gaimanowski poradnik jak prozę Wolfe należy czytać i dlaczego warto z jego książkami się spotkać. Ja miałem okazję zetknąć się z jego prozą w czasach licealnych, gdy usłyszałem o tajemniczym Wolfe, autorze dziwnym, niezwykłym, z którym każdy wielbiciel fantastyki musi w końcu się zapoznać, bo wstyd nie znać. Lektura "Cienia Kata" była niepokojąca, trudna do "przetrawienia", zostawiła za sobą dużo pytań i niepokoju. Podobnie przeczytanie (zdobytego cudem i przypadkiem) "Żołnierza z mgły". Więcej jego powieści nie zdobyłem, do dziś znalezienie polskich tłumaczeń graniczy z cudem. Wolfe pozostał tak mglisty jak się pojawił. Na szczęście mój angielski conieco się poprawił i Amazon zaczął wysyłać książki do PL... Wróciłem do jego książek wiele lat później... i dalej mam z jego prozą wielki problem, ale to niezwykle fascynujący problem, z którym warto walczyć latami. Wolfe to bardzo zły autor dla kogoś szukającego rozpędzonej akcji, czytelnego opisu świata, dających się polubić bohaterów. Wolfe to w ogóle bardzo zły autor klasycznej fantastyki, bo on jest bardzo daleko od fantastycznego mainstreamu i nawet jeśli sięga po klasyczne motywy to opowiada je tak inaczej, tak bardzo charakterystycznie, że wielu straci rozeznanie w jego labiryntach. Ale jeśli jesteś czytelnikiem, który ma ochotę chcesz się zagubić, przeżyć spotkanie z ciemnością w bizantyjskich katedrach wolfe'wskich światów, w rzeczywistościach kłamiącej pamięci i przerażających paradoksów to nie można znaleźć wspanialszego przewodnika. Spotkanie z literaturą Wolfe to zawsze wyzwanie i zupełnie unikalne emocje.

I began to feel as frightened of [stars] as I was of falling into that midnight abyss over which they writhed; yes this not a simple physical and instinctive fear (...), but rather sort of philosophical horror at the thought of a cosmos in which rude pictures of beasts and monsters had been painted with flaming suns
Book of the New Sun 3: The Sword of the Lictor

Najsłynniejszym cyklem autorstwa Wolfe jest pięciotomowa Księga Nowego Słońca (ostatna część cyklu - "The Urth of the New Sun" - powstała wiele lat później po pozostałych, ale stanowi integralną część całości). To historia Severiana, młodego czeladnika katowskiego, który po dokonaniu niewybaczalnej zbrodni (ułatwienie śmierci skazanej arystokratce) zostaje wygnany na wędrówkę przez Urth, upadający, zdegenerowany świat nad którym świeci gasnące Słońce. Wolfe tradycyjnie sięga po swój ulubiony wątek zwodniczości ludzkiej pamięci - choć opowieść ukazana jest z punktu widzenia głównego bohatera, posiadającego według własnego mniemania pamięć doskonałą, to daleko jej do linearności. Bo przecież nasze umysły nie żyją tylko chwilą obecną, ale ciągle zanurzają się w przeszłości i snują marzenia o tym co nadejdzie - więc Wolfe-Severian-narrator skacze w czasie, wpada w dygresje i walczy z własnymi wspomnieniami, a wreszcie nie raz okłamuje sam siebie. Wolfe dodatkowo utrudnia/ubarwia życie czytelnikowi bardzo dziwnymi, onirycznymi opisami świata, a także postaciami z którymi Severian spotyka się podczas swojej wędrówki - są wśród nich umarli (cierpiący, bo nie mogący odejść do innych światów), przerażające drapieżniki żywiące się ludzkimi duszami, szaleni bogowie, dziwne istoty przybyłe z obcych gwiazd. Nieraz wysmakowana proza Wolfe (bo ma on ogromny dar do pisania i benedyktyńską skłonność do zwracania uwagi nawet na najdrobniejsze detale) przypomina opisy malarstwa Boscha albo jak słusznie zauważył Jacek Dukaj - Beksińskiego . Ale jest też u niego wielka zdolność do chwytania w słowa ulotnych emocji i głęboko ludzkiej wrażliwości. U Wolfe ważniejsze chyba niż sama wędrówka są pytania, które zadaje sobie bohater i przypadek, który w okrutny sposób rządzi ludzkim losem. Mimo bardzo uważnej lektury Księgi Nowego Słońca wielu wątków dalej nie rozumiem, Wolfe nie zdradza chętnie swoich tajemnic. Wiele kwestii nie daje spokoju długo po skończeniu ostatniej strony - ale to znów wspaniała cecha jego prozy. Pozostaje ochota by przeczytać jeszcze raz i wyłapać przeoczone detale, a potem zetknąć się z kolejnymi pytaniami i znów żyć w niepewności. Niewielu autorów zapewnia tak bardzo wysmakowaną niepewność jak Wolfe.
Oprócz Księgi Nowego Słońca stanowczo polecam "Piątą Głowę Cerbera", w której opowieść o ludziach którzy zasiedlili obce światy, niszcząc przy okazji zastaną na miejscu cywilizację (ale być może nie do końca...), zostaje przez Wolfe przemieniona w przypowieść o tożsamości, niezrozumieniu samego siebie i subiektywizmie odbioru rzeczywistości... Jak to określiła Ursula Le Guin - "zasada nieoznaczoności przekształcona w literaturę". Ale nie chciałbym się w tym miejscu rozpisywać, bo akurat ta książka zasługuje na dużo dłuższą dygresję, w którą aż boję się wdawać.

Warto po prozę Wolfe sięgnąć, jest inna od tego do czego przyzwyczaiła nas większość autorów, jest poetycka i niepokojąca, przekraczająca zwykłe granice i napisana wybitnym, bardzo unikalnym stylem. Dodatkowo w jakiś niepokojący sposób pozostaje z czytelnikiem, nie daje spokoju, zmusza do myślenia o kwestiach rzadko poruszanych przez fantastykę - tych z zasięgu filozofii egzystencjalnej czy nawet współczesnej filozofii umysłu. Ja sam mam w planie od dawna nie czytane powieści Wolfe (cykl o Latro rozgrywający się starożytnej Grecji) oraz te jeszcze nie przeczytane (najnowszą "Home Fires", dylogię "Wizard Knight" i opowiadania), więc chętnie jeszcze o nim napiszę, szczególnie że ten pierwszy na tym blogu post porusza tylko kilka kwestii z tych wszystkich dotyczących siły rażenia wolfe'owskich tekstów.


Imagine a man who stands before a mirror; a stone strikes it, and it falls to ruin all in an instant. And the man learns that he is himself, and not the mirrored man he had believed himself to be. Book of the New Sun 5: The Urth of the New Sun

PS. Zainteresowanych zapraszam na stronę Lupine Nuncio , gdzie wielu autorów bardzo dogłębnie analizuje najważniejsze teksty G.W.