wtorek, 20 marca 2012

To nie jest kraj dla starych bogów - "American Gods" Neil Gaiman

The road was filled with broken glass and gasoline
She wasn't sayin' nothin'', it was just a dream
The wind come silent through the windshield
All I could see was snow and sky and pines
I closed my eyes and I was runnin',
I was runnin' then I was flyin'

Bruce Springsteen "Highway 29"

This is not a land for gods (...). This land was brought up from the depths of the ocean by a diver. It was spun from its own subtance by a spider. It was shat by a raven. It is the body of a fallen father, whose bones are mountains, whose eyes are lakes.
Neil Gaiman "American Gods"

To nie jest książka dla ludzi bez wyobraźni. To nie jest książka o takiej Ameryce jakiej możecie się spodziewać. O ile w ogóle można napisać powieść o tym kraju. Jak sam Gaiman twierdzi - Ameryka jest zbyt wielka by ją opisać. W jednym z wywiadów powiedział nawet, że o ile Anglię można opisać historią to Amerykę można opisać wyłącznie geografią - znajdziesz w niej wszystko i wszystkich, o ile tylko masz czas na dojazd i parę dolarów na benzynę. To na pewno jest książka o snach, o marzeniach, mitach, bogach lub raczej o tym czym bogowie są dla ludzi - próbą zmierzenia się ze światem, ze śmiercią, bólem, radością, smutkiem, próbą nadawania sensu codziennemu życiu, pozornemu chaosowi wokół. To książka o wszystkich tych, którzy przybyli do Ameryki ze swoimi snami, językami, kulturami, zwyczajami, religiami, duchami, lękami, o tych wszystkich którzy w pewnym momencie swojego życia musieli zmierzyć się z tym wielkim lądem, albo bronili go przed innymi, którzy próbowali go im odebrać. "Amerykańscy Bogowie" to klasyczna powieść drogi, współczesny western, dramat, horror, opowieść gangsterska, moralitet, fantastyka, komedia, a to wszystko z wielką domieszką typowo "gaimanowskiego" dowcipu i melancholii. Ta powieść jest jak doskonała magiczna sztuczka - nawet jeśli domyślamy na czym polega trick, to i tak ulegamy iluzji i nie możemy powstrzymać się od oklasków. Gaiman ma coś, czego brakuje tak wielu autorom - zdolność do pisania wspaniałych, długich opowieści, do snucia historii, które są czasem straszne, czasem śmieszne, w których miesza się prawda, fantastyka, świat snu z brutalną realnością. No i tworzy wspaniałych bohaterów, wielowymiarowych i dalekich od biało-czarnych klisz, nawet jego bogowie są bardzo... ludzcy, ze swoimi fobiami, wadami, nałogami - w końcu nasze marzenia nie mogą być bardzo odległe od nas samych.

All we have to believe with is our senses, the tools we use to perceive the world: our sight, our touch, our memory. If they lie to us, then nothing can be trusted. And even if we do not believe, then still we cannot travel in any other way than the road our senses show us; and we must walk that road to the end.

Generalnie "Amerykańscy Bogowie" to opowieść o nadchodzącej burzy. O wojnie, która rozegra się między starymi, zapomnianymi istotami, które przybywały z osadnikami przez setki lat, a młodymi, żądnymi krwi i władzy duchami Internetu, autostrad i telewizji. W to wszystko wplątuje się (mimowolnie) Cień, człowiek-nikt, samotnik i odludek, który z powodu głupiej bójki w barze trafił na kilkuletnią odsiadkę i marzy o tym by resztę życia spokojnie spędzić ze swoją dziewczyną, trzymając się z dala od kłopotów. Ale o ile Cień nie wierzy w bogów, to bogowie bardzo wierzą w niego, więc zamiast sielskiego życia na prowincji spotka go niebezpieczna, oniryczna podróż przez Amerykę z zagadkowym Panem Środą, podróż przez Amerykę, której istnienia nigdy się chyba nie domyślał. Spotka umarłych, pofrunie na skrzydłach ptaka-gromu, zagra o własne życie w warcaby z rosyjskim imigrantem Czernobogiem, znajdzie Serce Ameryki w dość nieoczekiwanym miejscu, a przy okazji dowie się że "nigdzie" to dokładnie 60 mil od najbliższego McDonalda. I znajdzie się w samym oku cyklonu. I nic nie będzie takie samo jak przedtem.

"Which path should I take?" he asked. "Which one is safe?"
"Take one, and you cannot take the other," she said. "But neither path is safe. Which way would you walk — the way of hard truths or the way of fine lies?"
"Truths," he said. "I've come too far for more lies."
She looked sad. "There will be a price, then," she said.


Opowieść Gaimana jest wielowątkowa, dziwna i kręta, to mieszanina gatunków i konwencji, od mrocznego horroru po nową wersję "Alicji w Krainie Czarów", od rodzinnego dramatu po klasyczną powieść drogi. Ale autorowi to wszystko uchodzi na sucho - Gaiman po prostu ma wielki talent do snucia wciągających opowieści i angażowania naszych emocji. I zawsze ma kilka asów rękawie, którymi zagrywa w najbardziej nieoczekiwanych momentach. Ta książka jest trochę jak amerykańska muzyka - pełna żaru i siły niczym gospel, bluesowo melancholijna, skupiona i senna jak cool jazz, wybuchowa i buntownicza niczym grunge z Seattle, dzika i szalona jak barowe songi Toma Waitsa. Każdy powinien znaleźć w niej swoje własną "muzykę duszy".

Wielka uczta dla wyobraźni, wykraczająca daleko poza klasyczne schematy literatury fantastycznej. Po prostu wspaniała powieść.

Wywiad z autorem, tradycyjnie u Wielkego Brata Googla ;).




I trochę prywaty - kilkoro z mojego osobistego panteonu amerykańskich bogów :)













środa, 14 marca 2012

Ogrody pozaziemskich rozkoszy, labirynty światów wewnętrznych, planety magii i fałszywych tożsamości, czyli mistrzowie Wolfe i Swanwick

I could never determine whether Mr Million is really aware in that sense which would give him right to say, as he always has, 'I think' and 'I feel'. When I asked him about it he could only explain that he did not know the answer himself, that having no standard of comparison he could not be positive whether his own mental processes represented true consciousness or not; and I of course, could not know whether this answer represented the deepest meditation of a soul somehow alive in the dancing abstractions of the simulation (...)
G.Wolfe "The Fifth Head of Cerberus"

Fantastyka potrafi być wielka, rzecz oczywista dla każdego kto zetknął się z tytułami niesamowitymi, przesuwającymi granice tego co (nie)wyobrażalne, nie dającymi spokoju długo po przeczytaniu, piekielnie inspirującymi, zarażającymi trudnymi do pozbycia się ideami. Są po prostu powieści nie dające o sobie zapomnieć. Dlatego złożę w tej notce mój drobny hołd dla dwóch takich tytułów - "The Fifth Head of Cerberus" ("Piątej głowy Cerbera") Gene'a Wolfe i "Stations of the Tide" ("Stacji Przypływu") Micheala Swanwicka. Obie powieści można by od biedy próbować szufladkować do fantastyki eksploracyjnej, opisującej zetknięcia człowiek-Obcy, przystosowywanie pod wymagania człowieka odkrytych planet, rysujących mapy pozaziemskich terytoriów. Jednak zarówno Wolfe jak i Swanwick nie potrafią i nie chcą napisać oczywistych historii, nie interesuje ich to oczywiste, to co na wierzchu, fantastyczne standardy - nowe planety, wielkie technologie, epickie fabuły. O nie, wolą zbłądzić w bardzo niebezpieczne terytoria pamięci, wewnętrznych narracji tłumaczących otaczający świat, odczuwania "własnego ja", zderzać wielkie szczyty filozofii ze zwierzęcymi popędami, zafundować nam bolesną, ale fascynującą psychoanalizę w dżunglach wyimaginowanych światów.
Perspektywy Freuda i Junga, nietrafione naukowo, za to niezwykle pociągające filozoficznie i kulturowo (ostatnio odświeżone filmowo w "Niebezpiecznej terapii" Cronenberga) mogły by być jakimiś punktami wyjścia do interpretacji zarówno "Piątej głowy Cerbera" (sam tytuł zapewne zainteresowałby Sigmunda F., fascynata sztuki starożytnej i renesansowej), której pierwszą część napędza tragiczny konflikt syna z ojcem na enigmatycznej planecie Świętej Anny, jak i "Stacji Przypływów" gdzie bezimienny, niemalże wyzbyty ludzkich cech Urzędnik ze świata zewnętrznego zstępuje na Mirandę, dziką, szaloną i groźną planetę, która oczekuje na nadchodzący apokaliptycznych rozmiarów potop - Superego zderza się z rozszalałym Id. Zarówno Swanwicka jak i Wolfe fascynuje fakt, że pomimo wspaniałych technologii, możliwości tworzenia i zdobywania światów pozostają w nas samych terytoria dzikie, niebezpieczne, nieoznaczone, te które tłumaczymy naszą zwierzęcością, biologią, magią. A są to chyba światy bardziej niesamowite niż najbardziej odległe układy gwiezdne.

Had I the power, I'd begin demolishing worlds today. (...) I'd tear the stars themselves apart and in their place build something worth seeing .
M.Swanwick "Stations of the Tide"

W obu powieściach jest też jakieś zetknięcie z jungowskim cieniem personalnym, odrażającym ciemnym Obcym tkwiącym w naszej duszy - u Wolfe to zaraźliwa i zakazana hipoteza, że mieszkańcami kolonii na planecie Świętej Anny wcale nie są ludzie, ale obcy którzy nauczyli się idealnej mimikry i tak bardzo stali się ludźmi, że noszą w sobie wielki lęk, że są obcymi podszywającymi się pod ludzi, więc przez lęk przed samym sobą stają się coraz bardziej ludzcy (i tak reductio ad infinitum, cały Wolfe), u Swanwicka to odkrycie głównego bohatera, że ścigając anarchistę, bioinżyniera, szalonego maga Gregoriana sam zaczyna coraz bardziej przypominać swojego wroga, podzielać jego szaleństwo, każdy krok na powierzchni Mirandy przemienia jego duszę. Kosmiczna odmiana conradowskiego "Jądra Ciemności".
Ale czy są to słuszne drogi do rozumienia tych powieści? Pisarz Adam Roberts w świetnym wstępie do "The Fifth Head..." stawia kolejne hipotezy - u Wolfe to czytelnik jest prawdopodobnie jednym z bohaterów, jest tytułową piątą głową mitycznego strażnika Hadesu(ale przecież był on trzygłowy? skąd dwie dodatkowe?), musi zmierzyć się ze swoją własną obcością, przebrnąć przez ciemność, uczestniczyć w katabazie, a książka jest otwartym pytaniem o sens, na które może znaleźć wiele odpowiedzi. U Swanwicka można by doszukiwać się alchemicznej dwoistości natury - na planecie Miranda, którą co kilkadziesiąt lat całkowicie zalewają biblijnych rozmiarów powodzie, każdy organizm wykształcił conajmniej kilka możliwych form życia, aby odrodzić się człowiek też musi zniszczyć swoją starą formę i z popiołów stworzyć nową... Magiczna symbolika, szamanizm, kulturowe archetypy u pisarzy s-f, w światach androidów, myślących maszyn, kosmicznych eksploracji? Dlaczego nie, jeśli czyta się takich Autorów.

Sometimes people ask why I got into this [puppett] business. I don't know. Usually I just say. Why would anyone want to play God? Make a face and shrug. But sometimes I think it's because I wanted to prove myself that other people exist. But we can't know that, can we? We can never really know.
M.Swanwick "Stations of the Tide"

Jeszcze kilka słów o konstrukcji tych książek, o stylu w jakim są napisane. Wolfe pisze swoim unikalnym "Głosem" (zapożyczam się bodajże u Silverberga), rozbuchanym, onirycznym, nielinearnym stylem, który przysporzył mu zapewne tylu "wyznawców", do których sam chyba coraz bardziej zaczynam się zaliczać. U Wolfe nigdy nie wiemy co zdarzy się na następnej stronie, gdzie ukryje detale pozwalające zrozumieć swoją powieść, kim do końca są jego bohaterowie, dokąd zmierzają te dziwne, "bizantyjskie" narracje. Swanwick też jest narratorem wybitnym, w wielu kwestiach przypominającym Wolfe, bawiącym się dygresjami, zagnieżdżonymi opowieściami, ukrywaniem sensów i częstującym Czytelnika bardzo nieoczywistym finałem. Dlatego trudno mówić tu o jakimkolwiek pojedynku między tymi powieściami - zestawiłem je dlatego, że pomiędzy tymi dwiema narracjami jest jakiś niebezpieczny magnetyzm, zbieżność filozoficznych i fantastyczno-naukowych poszukiwań, wędrówek w mrok ludzkiej psychiki - zmaganie się dusz z pragnieniami ciała, konflikt kulturowych znaczeń i magicznych obrzędów z technologiami zmieniającymi wszechświat, rozpaczliwe poszukiwania sensu i tożsamości, egzorcyzmowanie własnej przeszłości wśród więdnących, upadających rzeczywistości. Niebezpieczne, straszne, szalone, trudne do uchwycenia w kilku słowach opowieści. Należy czytać na własną odpowiedzialność! Narracje w pewien sposób podobne, ale zarazem odrębne, unikalne - bo o ile książki banalne, kiepskie są zawsze do siebie podobne, to książki wybitne są zawsze wybitne na swój własny sposób ;).

When we sing it is not the air that shakes. We shake extension; I am the song that all the Shadow childen sing, their thought when they think as one. Hold your hands before you thus, not touching. Now think of your hands gone. That is what we shake.
G. Wolfe "The Fifth Head of Cerberus"

W ramach atrakcji interaktywnych - bardzo sympatyczny wywiad z Michealem Swanwickiem:



PS. W następnym odcinku pozytywnie szalony Brytyjczyk i próba opisania mitologii Ameryki, snów o Ameryce, czyli naturalnie Neil Gaiman :).

czwartek, 8 marca 2012

Per aspera ad astra - Greg Bear "Hull Zero Three"

Creator of all
Bless those who are small
With wisdom and love.
Provide for our care
And Guide us as we voyage
Across vastness unspeakable
Toward bright new homes.
We honor space
Which is your memory,
And seek the wisdom
That is our ration,
No more, no less.
Amen.


Przyznam się szczerze, że "Hull Zero Three" to pierwsza powieść Grega Beara z jaką mam do czynienia. Na pewno nie ostatnia ("Queen of Angels", "The Forge of God" i parę innych już się prosi o lekturę ;)), bo była to niepokojąca i fascynująca podróż przez gwiazdy. Na wstępie ostrzegam jednak, że nie każdemu przypadnie ona do gustu. To książka ze specyficzną, pierwszoosobową narracją, oniryczną, ciemną, duszną atmosferą i z fabułą, której sens trzeba budować kawałek po kawałku. To posępny labirynt z niełatwym przesłaniem, w którym świetnie będą bawić się fani Huberatha, Wolfe, Mieville, M.Johna Harrisona, Egana, z tą lekturą trzeba się trochę "posiłować". Jednam sam styl prowadzenia tej opowieści, poczucie Tajemnicy, specyficzni, nie zawsze ludzcy, bohaterowie, wynagradzają początkowy trud wejścia w zagadkowy "bearowski" świat.

More words, longer, richer words, implying a process - surrounding world with its own expectations. The words are like doors that open. They hold their own promise. Soon I'm shouting big new words into the browness, the not-quite darkness. Some of them mean nothing. Others provide strengh and relief.

Głównym bohaterem "Hull Zero Three" jest bezimienny Nauczyciel, człowiek (albo dziwny potomek homo-sapiens?) wybudzony ze Snu [Dreamtime], dziwnego stanu umysłu w którym przebywał w trakcie trwającej stu- albo tysiąclecia podróży Statkiem ku nowemu, nadającemu się do zasiedlenia światu. Jednak upragniony "Raj", wymarzony nowy początek nie został osiągnięty, Statek popadł w szaleństwo, z bezpiecznego azylu przemienił się w śmiertelnie groźny labirynt. A świeżo wybudzony, niedoszły architekt nowych porządków, z wielkim trudem i powoli zaczyna przypominać sobie fakty, bez których nie da się przeżyć we wrogim wnętrzu oszalałego Statku-Matki. Co gorsza, nawet własne wspomnienia w tym dziwnym świecie mogą być iluzjami, zaszczepionymi fantomami umysłu, wytworzonymi przez biologiczne procesory Okrętu 03. Przypominające wnętrza katedr sale Statku, przedziwne istoty które Nauczyciel napotka (szalone twory zdegenerowanych biologii), odsłaniająca się powoli fabuła - najnowsza książka Beara to bilet na bardzo dziwną, hipnotyzującą podróż przez ciemny, wrogi kosmos oraz ostrzeżenie przez groźnymi siłami jakie nauka i postęp mogą przywołać. Greg Bear, tak jak wielu jego poprzedników, wyraźnie podkreśla,że istotą najgroźniejszą dla człowieka jest tak naprawdę inny przedstawiciel homo sapiens. Szczególnie, gdy w naszych rękach znajdą się tak groźne narzędzia jak wiedza i technologia pozwalające przekształcać całą rzeczywistość.

Out stories, our lives, will go on. I refuse to allow that love to die, just because it was never real.

Ciemna, naprawdę wciągająca powieść hard s-f, łącząca klasyczne motywy wędrówki do odległych gwiazd z ciekawymi wnioskami dotyczącymi manipulacji biologią i pamięcią. Mimo specyficznego, bardzo unikalnego stylu czyta się ją jednym tchem. Do tego niesamowity finał. Warto!


Krótki, ale bardzo sympatyczny wywiad z autorem:

środa, 7 marca 2012

Interludium 1...

Szykuję się do recenzji najnowszej powieści Grega Beara, , więc niedługo coś nowego będzie :) (dlaczego, dlaczego twórcy "Pandorum" nie poprosili Mr. Beara o scenariusz, można by stworzyć tak niepokojący, niesamowity film wg "Hull 03"..., tematyka ta sama, a tak stworzyli coś "autorskiego" i wyszło jak wyszło). A pozostając pod wielkim wrażeniem pierwszego tomu Trylogii Marsa ("Red Mars") Kima Stanleya Robinsona kolejkuję tomy następne. Wielka, naukowa, filozoficzna, socjologiczno-psychologiczna, ekologiczna, polityczna powieść, monumentalne s-f w wielkim stylu, ale planuję o całości napisać po lekturze wszystkich 3 tomów. Na razie tym co jeszcze nie widzieli (a są tacy?) proponuję rzucić okiem na trailer "Prometeusza" Scotta. Nie ukrywam, że trzymam kciuki za ten film :).

piątek, 17 lutego 2012

Katedry nauki, objawienia idei, hymny logiki, geometrie światów doskonalszych - "Anathem" Neal Stephenson.

The full cosmos consists of the physical stuff and consciousness. Take away consciousness and it's only dust; add consciousness and you get things, ideas, and time.

Podobno Paryż wart był mszy, "Anathem" Neala Stephensona, autora fenomenalnych: "Snowcrash" ["Zamieci"], "Diamond Age" ["Wieku Diamentowego"] i "Cryptonomiconu" to proza, która absolutnie wymagała ponownej lektury by móc napisać o niej chociaż parę słów. W przypadku takich książek trzeba uważać na zamazywanie się map poznawczych, zwodniczość własnej pamięci. "Anathem" [w polskiej wersji "Peanatema"] to powieść monumentalna pod względem conajmniej kilku parametrów, nie tylko chodzi tu o objętość (~1000 stron), ale przede wszystkim o wymiar idei - Stephenson podjął się jakieś przerażającego, tytanicznego wysiłku by nie tylko stworzyć alternatywny, przebogaty świat, ale też by ten straszliwie złożony mechanizm wprawić w ruch, uczynić go żywym. "Anathem" to jeden z nielicznych przykładów gdzie gigantyczny, wielowarstwowy world-building jest integralnie powiązany z fabułą (i to jaką Fabułą) - taka sztuka udała się tylko nielicznym - Dukajowi w "Innych Pieśniach", Herbertowi w "Diunie". Huberathowi w "Miastach pod skałą", Wolfe w "Księdze nowego Słońca". Pierwszy kontakt z "Anathem" jest naprawdę intensywny, niełatwo w tę rzeczywistość "wejść" (początkowe kilka rozdziałów potrafi naprawdę wykończyć liczbą informacji koniecznych do przyswojenia by pojąć reguły funcjonowania ~rzeczywistości), ale szybko można zorientować się że świat wykreowany przez Stephensona to płaszczyzna tak fascynująca, immersywna, że niełatwo tę powieść odłożyć. Faktem jest, że po przeczytaniu "Anathem" nie można przestać "myśleć" kategoriami wykreowanym przez autora - złożonym protyzmem, hyleańskimi światami teoretycznymi, ma się wielką ochotę potraktować napływające wiadomości widłami Diaxa ;).

Our brains are flies, bats, and worms that clumped together for mutual advantage. These parts of our brains are talking to each other all the time. Translating what they perceive, moment to moment, into the shared language of geometry. That's what a brain is. That's what it is to conscious.

Jak już niektórzy się pewnie zorientowali - w przypadku tej książki niechętnie zdradzam fabułę. Nie chcę po prostu psuć zabawy, bo odkrywanie opowieści to jedna z wielu radości związanych z "Anathem". W wielkim, okrutnym, telegraficznym skrócie napiszę tylko, że główny bohater - Fraa Erazmas jest członkiem specyficznej, przypominającej (pozornie) klasztor wspólnoty naukowców, filozofów, informatyków - u Stephensona nazywanej matemem - którzy tysiące lat wcześniej odcięli się od reszty społeczeństwa po gigantycznej katastrofie cywilizacyjnej. By przetrwać stworzyli specyficzną Dyscyplinę, bardzo hermetyczny i złożony system zasad, kodeksów i regulaminów postępowania oraz myślenia, który radykalnie odróżnia ich od "świeckiego świata" extramuros. Jak łatwo się domyśleć to przechowywana w matemach (~klasztorach) wiedza i zdolności do emprirycznego, krytycznego, logicznego radzenia sobie z nieoczekiwanymi faktami będą konieczne, gdy przyjdzie zagrożenie przekraczające możliwosci poznawcze "świeckiej" władzy [Powers that Be] i umysłów "zwykłych ludzi". Stephenson porwał się na tematykę bardzo szeroką - od socjologii zamkniętych społeczeństw i konsekwencji hermetycznych zasad relacji społecznych po historię (filozofii) nauki, kognitywistykę, światy platońskie, aż po fizyki kosmiczne i rzeczywistości równoległe. "Anathem" to filozoficzno-naukowy tour-de-force, prawdziwe maksima jakie da się wycisnąć ze współczesnego s-f, ale też jedna z nielicznych powieści w tym gatunku co do których przymiotnik "filozoficzna" jest w pełni uzasadniony. Co wydaje się nieprawdopodobne teoretyczne dialogi i dysputy u Stephensona są nieraz równie fascynujące co rozpędzona akcja w niejednym cyperpunkowym klasyku (ale i akcji w "Anathem" nie braknie), a niepozorne detale delikatnie zasugerowane i wtopione w matemową rzeczywistość stają się integralnymi elementami fabuły w finale książki. I muszę to jeszcze raz podkreślić - naprawdę rzadko spotykam się w literaturze z tak nieprawdopodobnym wysiłkiem twórczym służącym do kreacji niespotykanego, dopracowanego w każdym detalu, spójnego i fascynującego świata, w którym współgrają socjologia, historia, technika, idee.

Nothing is more important than that you see and love the beauty that is right in front of you, or else you will have no defense against the ugliness that will hem you in and come at you in so many ways.

Naturalnie Stephenson nie jest amatorem w tej "world-buildingowej" tematyce - powołał już do życia niepokojącą, cyberpunkową satyrę w "Zamieci", alternatywno-steampunkową przyszłość "Diamentowego Wieku", śledził rozwój nauk empirycznych w "Cyklu Barokowym" i ciemnych kart informatyki w "Cryptonomiconie". Jednak to "Anathem" zajmuje moim zdaniem honorowe pierwsze miejsce wśród tych fantastycznych powieści i jest jednym z najwybitniejszych, złożonych i przemyślanych osiągnięć fantastyki ostatnich lat. Co najważniejsze ponowna lektura sprawia taką samą, a może nawet jeszcze większą radość, co pierwsze zetknięcie z matemowym światem. Polecam z pełną premedytacją, są w tej powieści memy naprawdę warte rozpowszechniania :).


Wystąpienie Neala w siedzibie Google po premierze "Anathem":

wtorek, 14 lutego 2012

Demoniczny, parowy i psychologiczny, czyli "za garść cennych tajemnic" - "The Half-made world" Felix Gilman

They were racing across white salt flats that gleamed like a mirror; running like a black line across new paper; smoke tumbling from them like spilled ink (...), the world becoming crude, wild, unnamed, only half-made - closer and closer to that nameless Western Sea where, they said, unformed land became fog and wild water and fire and night .

Najnowszą powieść Gilmana jest rewelacyjna, czyta się ją jednym tchem, a sądząc po zapowiedziach autor powinien się na swoim pomyśle wywrócić. Mogę się mylić, ale łączenie fantastyki z westernem kończy się na ogół bardzo, bardzo źle - powstają koszmaro-hybrydy w rodzaju "Kowboje vs. Obcy" albo "Wild wild west", słowem kicze, tandety i niewypały, o których żal wspominać. Doskonały na tym tle "Iron Council" Mieville jest niestety chyba tylko wyjątkiem potwierdzającym regułę ;). Gilman sprytnie ominął pułapkę "zderzania" całej wizji, estetyki i mitologii Dzikiego Zachodu z nieprzystającymi, obcymi elementami - po prostu bardzo inteligentnie przestawił kilka parametrów, pokombinował przy mechanizmach rzeczywistości. Westernowa scenografia Gilmana wyraźnie czerpie wzorce zarówno z amerykańskiej tradycji, jak i z psychodelicznej fantastyki Wolfe, dekadenckich dziwów VanderMeera, onirycznego mieszania w materii a'la Mieville. Na tym skrzywionym, ale przekonująco realnym Dzikim Zachodzie pionierzy budujący nowy świat wciągnięci są w krwawą walkę o władzę między wyjętymi spod prawa anarchistami, których dusze spętały żywiące się przemocą demony [The Gun], a trupiobladymi sługusami Parowych Silników [The Line], diabelskich parowozów narzucających swoją żelazną wolę przy pomocy wojny, przemysłu i brutalnej pacyfikacji wszelkiego sprzeciwu. Dorzućmy do tego nową, raczkującą naukę o umyśle i psychice - psychologię, krwawo tłumioną próbę budowania demokracji, bardzo tajemniczych, zawieszonych między światem żywych i umarłych autochtonów oraz kilka garści ciemności i mroku z anty-westernów Cormaca McCarthy'ego i powstaje naprawdę smaczne danie. Udała się Gilmanowi galeria postaci - jest wśród nich schizofreniczny rewolwerowiec Creedmor, sadomasochistyczny konduktor Lowry, uzależniona od opium empirystka Dr. Lysvet Alverhuysen, są idealistyczni generałowie, nawiedzeni kaznodzieje, zapijaczeni bandyci, oszalałe ofiary Parowych Silników, niewinne ofiary przetaczającej się przez Zachód Historii. Podoba mi się, że Gilman niewiele wyjaśnia, nie próbuje na siłę racjonalizować swojego onirycznego świata - po prostu nienawidzący ludzkości, zatruwający dymem, hałasem i toksynami świat parowóz "Glorianna" jest tu tak oczywistym elementem świata jak Nazghul w tolkienowskim Mordorze, a empiryczna nauka funkcjonuje obok absolutnie realnych, ciemnych, niebezpiecznych żywiołów z którymi komunikują się pierwotni mieszkańcy gilmanowskich krain, Ludzie ze Wzgórz.
Zaskakująca fantastyka, bardzo oryginalna dekonstrukcja/rekonstrukcja mitów Dzikiego Zachodu, a przy tym świetna powieść drogi i mimo całego bagażu (pozytywnie) dziwacznych idei - bardzo dobry western. Felixie Gilmanie - podążaj tą drogą :)!

niedziela, 5 lutego 2012

Requiem dla świadomości - "Ślepowidzenie" Peter Watts

Am I nothing but sparking chemistry? Am I a manget in the ether? I am more than my eyes, my ears, my tongue; I am the little thing behind those things, the thing looking out from inside. But who looks out from its eyes? What does it reduce to? Who am I? Who am I? Who am I?


Powieść totalna. Efekt jaki wywołuje porównywalny do "Czarnych oceanów" Dukaja, "Solaris" Lema, "Ubik" Dicka, "Perdido Street Station" Mieville, "Diaspora" Egana lub "Anathem" Stevensona - intensywność tej prozy i idee jakie ze sobą niesie "mielą" czytelnika długo po skończeniu ostatniej strony, czyli w skrócie wysokogatunkowe s-f na miarę XXI wieku, dorównujące największym klasykom. W zasadzie to już chyba jest klasyk.

Generalnie zachęcam do przerwania lektury tego bloga i udania się do najbliższej księgarni. Jak ktoś ma system nerwowy pozwalający na odroczenie gratyfikacji to oczywiście można poczytać dalej, postaram się nie zepsuć zabawy.

Peter Watts wykonał robotę koronkową mieszając klasyczne motywy s-f z horrorem, ludzkim dramatem i fascynującym, (neuro)filozoficznym wykładem na temat granic naszych systemów poznawczych i świadomości. "Ślepowidzenie" to nie standardowa powieść o próbie komunikacji człowiek-obcy, ale głębokie, wręcz nieprzyjemne spojrzenie w nas samych, próba zbudowania map ciemnych obszarów naszej nieświadomości, naszych wybitnych zdolności do selektywnego zapominania i tworzenia fałszywych wspomnień, próba zrozumienia nieprawdopodobnych zjawisk zachodzących w naszych umysłach, pozwalających nam na "normalne" funkcjonowanie. Na samym początku powieści wstrząsa wybór głównego bohatera - dla Siri Keetona całe życie to funkcjonowanie pośród Obcych, ponieważ w wyniku problemów neurologicznych utracił możliwość odczuwania większości emocji. Miłość, przyjaźń, zaufanie widzi w korelacjach zachowań, w racjonalnej obserwacji otoczenia i redukcji innych do zestawów statystycznych prawdopodobieństw. Jest idealnym pomostem umożliwiającym porozumienie między myślącymi, biologicznymi maszynami a ludźmi. Być może będzie jedynym, który zrozumie Obcych. A Oni w dość tajemniczy sposób dali znać o swoim istnieniu, przy pomocy sygnału który może być zwykłym powitaniem, oznaką ciekawości, albo pierwszy zwiastunem nadciągającej zagłady.

How do you say "We come in peace" when the very words are an act of war?

Siri oczywiście nie działa sam. W drużynie "ambasadorów" jest jeszcze biolog-synesteta "czujący" dane i "słyszący" molekuły, psycholingwistka z roszczepioną świadomością (równoległe przetwarzanie jest szybsze niż szeregowe), militarny strateg z bardzo, bardzo ciemnymi kartami w przeszłości i dowódca, który w ogóle człowiekiem nie jest, lecz perfekcyjnie racjonalną istotą, krwiożerczym socjopatą planującym każdy ruch niczym partię szachów. Tak, w drużynie reprezentującej ludzkość w czasie pierwszego, być może rozumnego kontaktu jest wampir - dziwaczna, budząca pierwotny lęk istota, zupełnie inaczej pojmująca czas i rzeczywistość niż my, nie mająca problemu z widzeniem obu wersji kostki Neckera równocześnie. Cóż, jak można się domyśleć spotkanie różnych systemów poznawczych, biologii i rzeczywistości nie będzie graniem prostej melodyjki z "Bliskich spotkań trzeciego stopnia", ale przeżyciem ekstremalnym, granicznym, z gatunku tych których szybko się nie zapomina. Ale gwarantuję, że będzie ono daleko inne niż można się spodziewać. Watts ma odwagę i zdolność sięgnąć bardzo głęboko - w nasze wewnętrzne lęki, tajemnice, jego zimna i precyzyjna proza może wręcz szokować, ale nie daje o sobie łatwo zapomnieć. Dzięki takim książkom kocha albo nienawidzi się literatury s-f, pozostać obojętnym bardzo trudno.
Nieprawdopodobne jest to, jak bardzo różnie można opowiedzieć ten sam temat w literaturze - spotkanie z ostateczną Obcością może być przeżyciem egzystencjalno-humanistycznym w "Eifelheim" Flynna, dyskusją o tożsamości w "Piątej głowie Cerbera" Wolfe, niezdolnością do pojęcia odrębnych teologii i socjologii w "Mówcy umarłych" Carda, bezsensownym konfliktem w "Wiecznej wojnie" Haldemana, przerzucaniem pomostów między niewspółmiernymi paradygmatami języka w "Embassytown" Mieville, spotkaniem z absolutem w "Solaris" Lema i "2001: Odysei Kosmicznej" Clarke'a. Watts dokłada swoją cegiełkę, bardzo niepokojącą i bardzo unikalną, będzie niezwykle istotnym punktem odniesienia w czasach kongitywistycznego boomu.


That little man, that arrogant subroutine that thinks of itself as the person, mistakes correlation for causality: it reads the summary and it sees the hand move, and it thinks that one drove the other.

But it's not in charge. You're not in charge. If free will even exists, it doesn't share living space with the likes of you.



Od rozumienia własnych emocji po próby budowania poznawczych mostów między odrębnymi biologiami i fizykami, ciemna i niebezpieczna wędrówka przez większość najważniejszych tematów jakie literatura s-f odważyła się poruszyć. Bardzo udana wędrówka. Spróbujcie.

Powieść tradycyjnie można w całości, legalnie przeczytać na stronie autora.


W ramach atrakcji wykład filozofa-kognitywisty prof. Thomasa Metzingera, którego głośna publikacja "Being No One", ukazująca ludzką świadomość jako specyficzną symulację budowaną przez nasz system nerwowy, zainspirowała w dużym stopniu Wattsa do napisania "Ślepowidzenia" (dostępne napisy w PL):