piątek, 18 maja 2012

Gorzki poemat o miłości, śmierci i krwi pod burzowym, bezkresnym niebem Południa - "All the pretty horses" Cormac McCarthy

They rode out on the round dais of the earth which alone was dark and no light to it and which carried their figures and bore them up to the swarming stars so that they rode not under them but among them and they road at once jaunty and circumspect, like thieves newly loosed in that dark electric, like young thieves in a glowing orchard, loosely jacketed against the cold and ten thousand worlds for the choosing.

Co musi sprawić, że fan mrocznego cyberpunku, nihilistycznych wizji post-ludzkich i generalnie zaawansowanej, ostro wypalającej neurony fantastyki sięgnie po współczesny western rozgrywający się na granicy USA i Meksyku? To proste - autor, a raczej Autor, bo Cormac McCarthy to absolutny, zupełnie niedościgniony mistrz pióra, którego stylowa proza po prostu pozbawia tchu. Rozgrywająca się współcześnie powieść "All the pretty horses" ("Rącze Konie") to naturalnie coś więcej niż losy trójki młodych ludzi, którzy w poszukiwaniu wrażeń i pracy przekroczyli konno granicę USA i Meksyku. O nie, to niemalże biblijne, apokaliptyczne kazanie o dorastaniu, miłości, karze i śmierci, w którym bezwzględnie surowy i brutalny świat ludzi otoczony jest przyrodą o mistycznym pięknie.

Lastly he said that he had seen the souls of horses and that it was a terrible thing to see. He said that it could be seen under certain circumstances attending the death of a horse because the horse shares a common soul and its separate life only forms it out of all horses and makes it mortal. He said that if a person understood the soul of the horse then he would understand all horses that ever were. (...)Finally he said that among men there was no such communion as among horses and the notion that men can be understood at all was probably an illusion..

Największą siłą tej powieści nie jest jej fabuła, ale sposób w jaki jest opowiedziana - urywane, bardzo realistyczne, "surowe" dialogi, tradycyjnie u McCarthy'ego nie wyróżnione apostrofami z tekstu, nieprawdopodobnie gęsta, ciemna, niemal namacalna atmosfera i opisy świata - wielki prerii USA i Meksyku, które wprowadzają nastrój absolutnie nieziemski, transcendentny. Składniki wydawałoby się proste, ale to ich połączenie niesie ze sobą tę piorunującą, magiczną moc dokładającą to tego zwyczajnego z pozoru westernu "coś więcej", czyniącej z meksykańskiej wyprawy Johna Grady'ego i jego przyjaciela Rawlinsa historię uniwersalną, niesamowicie poruszającą, pozwalającą w pełni uwierzyć w realną, nieokiełznaną moc literatury. Piękna i oniryczna, ale też autentycznie prawdziwa i gorzka, prawdziwe amerykańska powieść. Bezdyskusyjnie warta przeczytania.

There is no one to tell us what might have been. We weep over the might have been, but there is no might have been. There never was. It is supposed to be true that those who do not know history are condemned to repeat it. I dont believe knowing can save us. What is constant in history is greed and foolishness and a love of blood and this is a thing that even God - who knows all that can be known - seems powerless to change.


Krótki wywiad z Autorem, bardzo rzadko pojawiającym w mediach, z okazji wydania rewelacyjnej powieści "The Road" ("Droga").

poniedziałek, 7 maja 2012

Mgliste piękno opowieści i sny o bogach - Gene Wolfe - "Soldier of the Mist", "Soldier of Arete"

... And it struck me then that the sea was the the world, and everything else - the city, the towering crag of limestone, the very ships that floated upon it and the fish that swam in it - was only exceptional, only oddities like the bits of leaf or straw one sees in the globe of amber. I was myself mariner in that sea, a sailor at the mercy of wind and wave, lost in the mists and hearing breakers on the reefs of rocky coast.

Lektura wyjątkowa. Dwie powieści Gene'a Wolfe rozgrywające się w starożytnej Grecji - "Soldier of the Mist" ("Żołnierz z Mgły") i "Soldier of Arete" ("Żołnierz Arete") są naprawdę lekturą wytrawną, niesamowitą, oniryczną i bardzo, bardzo niecodzienną. Bo i Autor wyjątkowy. Każdy kto czytał już mojego bloga pewnie zorientował się, że wobec Wolfe nie potrafię być szczególnie obiektywny. Nawet nie będę próbował, szczególnie że opisywane przeze mnie książki mają dla mnie szczególną historię. "Żołnierz z Mgły" był drugą powieścią Wolfe na jaką się w czasach licealnych natknąłem (pierwsza to naturalnie nieprawdopodobny "Cień Kata") i lektura tej książki pozostawiła mnie w stanie fascynacji, ale też pewnego zagubienia. Wtedy jeszcze nie wiedziałem z jakim wyzwaniem się próbowałem zmierzyć - Wolfe to mistrz ciemnej literackiej magii, iluzji i labiryntów. Potrafi nieraz okrutnie zabawić się z Czytelnikiem by potem pozostawić go oszołomionego nieprawdopodobnym stylem i atmosferą. Jak to ujął Adam Roberts opisując "Piątą Głowę Cerbera" Wolfe: "... jest w tej powieści coś innego, niecodziennego, czego nie da się uchwycić. Twój umysł po przeczytaniu tej książki padnie jej ofiarą - prostu czysty Wolfe". Nie ukrywam, że kolejną, bardziej "świadomą" lekturę "starożytnych" powieści Wolfe zaczynałem z pewnym niepokojem - czy po tylu latach to dalej będzie takie magiczne, unikatowe przeżycie?

We are but landless men, even the most powerful king. The gods permit us to till their fields, then take our crop. We meet and love, someone build a tomb for us, perhaps. It does not matter - someone else will rob it, and the widns puff away our dust; then we shall be forgotten.

Ponowna lektura obu tomów, tym razem w oryginale, nie była bynajmniej rozczarowaniem. Te książki to cały Wolfe - oniryczna, zarówno poetycka jak i posępnie ciemna opowieść, snuta przez bardzo specyficznego bohatera. Tytułowy żołnierz o imieniu Latro, ranny w bitwie pod Termopilami, cierpi na poważne problemy z pamięcią i zmuszony jest spisywać wydarzenia każdego dnia w postaci pamiętnika. Naturalnie Wolfe twierdzi, że wcale nie jest autorem tej książki, tylko tłumaczem znalezionego w ruinach starożytnego miasta pamiętnika. Ale nie byłby sobą, gdyby twierdził inaczej ;). Latro podróżuje przez starożytny świat by odzyskać utraconą przeszłość, spotyka bogów, demony i umarłych, bierze udział w politycznych intrygach, bitwach i igrzyskach, jest światkiem tragedii i zdarzeń cudownych. Nawet gdy zbuduje Pałac Wyobraźni, by pomóc utrwalić sobie imiona i miejsca, to napotka w nim sfinksa. To co naturalnie wyróżnia powieści Wolfe to styl - Autor bawi się z Czytelnikiem, lubi tajemnice, zagadki i pozostawia wiele przestrzeni na wyobraźnię, filozofuje o życiu i śmierci, o prawdzie, o ludziach i bogach, o realizmie i mistycyzmie. Wielu fragmentów wydarzeń musimy domyślać się wraz z Latro, z opowieści innych, ze strzępów rozmów i wspomnień, które nie zawsze muszą być prawdziwe. Bo prawdziwsze są często sny z Bogami, niż dni w Ich nieobecności.

It is a young man such as I am undertakes the journey of life as on horseback, ever hurrying forward. As he grows older he comes to realize that it is but a pilgrimage to the grave and walks more slowly, looking about him. When he is old he may take up his stylus and begin to write of what he has seen; if so, unlike other men, he is not devoured by the earth in which his body lies when life's journey is done, for though dead he still speaks to the living.

Wolfe czaruje, ale strzeżcie się jego czarów, jest w nich drażniący aromat krwi ofiarnych zwierząt, gryzący dym płonących stosów, niezrozumiałe prawdy zaczadzonych kadzidłem wyroczni, szelest łusek podziemnych bogów łaknących ludzkich dusz. Starożytność którą opisuje Wolfe na pewno nie jest prawdziwa, ale jak twierdzi sam Autor - choć jego bohaterowie czasem kłamią, to jego opowieści przekazuję prawdę. Bo, parafrazując Urszulę Le Guin, prawda jest tylko kwestią wyobraźni. Te książki mają w sobie ten tajemniczy składnik, kamień filozoficzny najwspanialszych opowieści, który nie daje spokoju nawet po skończeniu ostatniej strony. Wolfe to nie autor dla wszystkich, jestem przekonany, że jego styl i specyficzna aura tej prozy nie przekona każdego. Ale tym którzy lubią zagłębić się w ciemną materię snów, wizji , w mroki ludzkiej pamięci nie potrafię polecić lepszego przewodnika.

A tak na marginesie, to istnieje trzeci tom wędrówki latro - "Soldier of Sidon" (nie wydany po polsku). Naturalnie zakolejkowany na liście lektur, ale na razie przerwa w postaci fenomenalnego "Spin" Roberta Charlesa Wilsona. Ale zarówno o "Soldier of Sidon" i o "Spin" więcej w przyszłości :).

wtorek, 24 kwietnia 2012

Finis Africae - szukanie granic człowieczeństwa u stóp Kilimandżaro - "Chaga" Ian McDonald

Nothing she had seen or heard or learned about it could prepare her for the physical reality. It was too real, too big. Too close. The difference between the Chaga and the dry acacia scrubland in its path was more than the difference between savannah and rainforest. It was the difference between land and ocean, between sun and moon. (...) It smelled of the fruit of Eden. It smelled of the sun-smeared rocks of Mercury and the ice-floes of Triton. (...) It smelled of the birth of stars, the death of galaxies and God's armpits. It smelled of the ocean of unknowing.

"Chaga", książka znana również pod tytułem "Evolution's Shore", to świetna powieść, wielka, piękna, groźna, naprawdę epicka pod względem tematyki, złożoności koncepcji i ogromu wizji jaką przed Czytelnikiem roztacza. "Chaga" tak jak późniejsze powieści McDonalda - "Rzeka Bogów", "Dom Derwiszów", "Brasyl" eksploruje hasło Williama Gibsona o przyszłości, która jest tu i teraz, ale jest na świecie nierówno dystrybuowana. W przypadku "Chagi" to przyszłość Afryki, kontynentu tak pięknego jak i tragicznego. Główną osią fabuły jest nagłe astronomiczne zdarzenie - zniknięcie jednego z księżyców Saturna i Incydent Kilimandżaro - pojawienie się w Afryce czegoś obcego, niespotykanego quasi-biologicznego zjawiska spoza naszego układu słonecznego. To coś przypomina dziwną, roślinną formę życia, która przemienia wszystko co napotka na swojej drodze, w tym ludzi i zdobycze naszej cywilizacji. Ale "Chaga" to przede wszystkim dramatyczny obraz Afryki w najbliższej przyszłości - pięknej przyrody i mistycznej kolebki ludzkości, ale i brutalnej postkolonialnej polityki, świata rozrywanego nędzą, śmiertelnymi chorobami (kolejne odmiany AIDS), brutalnymi wojnami narodowymi, plemiennymi i bezwzględnymi prawami międzynarodowych rynków. Zderzenie realnych, okrutnie bolesnych problemów polityczno-społecznych z wielkimi tematami współczesnego s-f - dyskusją o definicjach życia, świadomości, granicach człowieczeństwa zaowocowało jedną z najlepszych książek w fantastyce jakie miałem (wielką!) przyjemność czytać.

Mimo wszelkich zarzutów jakie można by skierować pod względem autora o tendencyjność i pewne uproszczenia z jakimi opisuje futurystyczną Afrykę to styl tej powieści, niesamowity poziom emocji jakie budzi oraz nieprawdopodobna idea obcej formy życia, z którą stykają się ludzie są bezwzględnie imponujące. Socjologia, biologia, filozofia, psychologia i nauki polityczne wymieszane razem tworzą mieszankę piorunującą, w jak najbardziej pozytywnym sensie, ale też mieszankę przejmującą, "chwytającą za duszę". Tak jak pozostałe powieści McDonalda ta książka boli, pokazuje jak bardzo niesprawiedliwy i podzielony jest nasz świat. Faktem jest, że "Chagę" naprawdę trudno odłożyć na półkę po skończeniu ostatniej strony. Największą wadą tej powieści jest... jej trudna dostępność. I chodzi zarówno wersji PL, jak i oryginału. Może jakieś reedycje??? Wytrwałym łowcom dobrej fantastyki polecam - to naprawdę warta czasu i uwagi lektura. Rasowe, wysoko-koncepcyjne s-f w najlepszym wydaniu z fascynującym, trudnym, bardzo aktualnym tłem społecznym i wieloma pytaniami na które trzeba sobie samemu odpowiedzieć po skończeniu ostatniego zdania. Książka wytrącająca z przekonania o pełnym rozumieniu otaczającego świata i depcząca dumny euro-amerykocentryzm, choćby dlatego warto po nią sięgnąć.

Na zachętę magiczna, muzyczna podróż do Afryki:

wtorek, 20 marca 2012

To nie jest kraj dla starych bogów - "American Gods" Neil Gaiman

The road was filled with broken glass and gasoline
She wasn't sayin' nothin'', it was just a dream
The wind come silent through the windshield
All I could see was snow and sky and pines
I closed my eyes and I was runnin',
I was runnin' then I was flyin'

Bruce Springsteen "Highway 29"

This is not a land for gods (...). This land was brought up from the depths of the ocean by a diver. It was spun from its own subtance by a spider. It was shat by a raven. It is the body of a fallen father, whose bones are mountains, whose eyes are lakes.
Neil Gaiman "American Gods"

To nie jest książka dla ludzi bez wyobraźni. To nie jest książka o takiej Ameryce jakiej możecie się spodziewać. O ile w ogóle można napisać powieść o tym kraju. Jak sam Gaiman twierdzi - Ameryka jest zbyt wielka by ją opisać. W jednym z wywiadów powiedział nawet, że o ile Anglię można opisać historią to Amerykę można opisać wyłącznie geografią - znajdziesz w niej wszystko i wszystkich, o ile tylko masz czas na dojazd i parę dolarów na benzynę. To na pewno jest książka o snach, o marzeniach, mitach, bogach lub raczej o tym czym bogowie są dla ludzi - próbą zmierzenia się ze światem, ze śmiercią, bólem, radością, smutkiem, próbą nadawania sensu codziennemu życiu, pozornemu chaosowi wokół. To książka o wszystkich tych, którzy przybyli do Ameryki ze swoimi snami, językami, kulturami, zwyczajami, religiami, duchami, lękami, o tych wszystkich którzy w pewnym momencie swojego życia musieli zmierzyć się z tym wielkim lądem, albo bronili go przed innymi, którzy próbowali go im odebrać. "Amerykańscy Bogowie" to klasyczna powieść drogi, współczesny western, dramat, horror, opowieść gangsterska, moralitet, fantastyka, komedia, a to wszystko z wielką domieszką typowo "gaimanowskiego" dowcipu i melancholii. Ta powieść jest jak doskonała magiczna sztuczka - nawet jeśli domyślamy na czym polega trick, to i tak ulegamy iluzji i nie możemy powstrzymać się od oklasków. Gaiman ma coś, czego brakuje tak wielu autorom - zdolność do pisania wspaniałych, długich opowieści, do snucia historii, które są czasem straszne, czasem śmieszne, w których miesza się prawda, fantastyka, świat snu z brutalną realnością. No i tworzy wspaniałych bohaterów, wielowymiarowych i dalekich od biało-czarnych klisz, nawet jego bogowie są bardzo... ludzcy, ze swoimi fobiami, wadami, nałogami - w końcu nasze marzenia nie mogą być bardzo odległe od nas samych.

All we have to believe with is our senses, the tools we use to perceive the world: our sight, our touch, our memory. If they lie to us, then nothing can be trusted. And even if we do not believe, then still we cannot travel in any other way than the road our senses show us; and we must walk that road to the end.

Generalnie "Amerykańscy Bogowie" to opowieść o nadchodzącej burzy. O wojnie, która rozegra się między starymi, zapomnianymi istotami, które przybywały z osadnikami przez setki lat, a młodymi, żądnymi krwi i władzy duchami Internetu, autostrad i telewizji. W to wszystko wplątuje się (mimowolnie) Cień, człowiek-nikt, samotnik i odludek, który z powodu głupiej bójki w barze trafił na kilkuletnią odsiadkę i marzy o tym by resztę życia spokojnie spędzić ze swoją dziewczyną, trzymając się z dala od kłopotów. Ale o ile Cień nie wierzy w bogów, to bogowie bardzo wierzą w niego, więc zamiast sielskiego życia na prowincji spotka go niebezpieczna, oniryczna podróż przez Amerykę z zagadkowym Panem Środą, podróż przez Amerykę, której istnienia nigdy się chyba nie domyślał. Spotka umarłych, pofrunie na skrzydłach ptaka-gromu, zagra o własne życie w warcaby z rosyjskim imigrantem Czernobogiem, znajdzie Serce Ameryki w dość nieoczekiwanym miejscu, a przy okazji dowie się że "nigdzie" to dokładnie 60 mil od najbliższego McDonalda. I znajdzie się w samym oku cyklonu. I nic nie będzie takie samo jak przedtem.

"Which path should I take?" he asked. "Which one is safe?"
"Take one, and you cannot take the other," she said. "But neither path is safe. Which way would you walk — the way of hard truths or the way of fine lies?"
"Truths," he said. "I've come too far for more lies."
She looked sad. "There will be a price, then," she said.


Opowieść Gaimana jest wielowątkowa, dziwna i kręta, to mieszanina gatunków i konwencji, od mrocznego horroru po nową wersję "Alicji w Krainie Czarów", od rodzinnego dramatu po klasyczną powieść drogi. Ale autorowi to wszystko uchodzi na sucho - Gaiman po prostu ma wielki talent do snucia wciągających opowieści i angażowania naszych emocji. I zawsze ma kilka asów rękawie, którymi zagrywa w najbardziej nieoczekiwanych momentach. Ta książka jest trochę jak amerykańska muzyka - pełna żaru i siły niczym gospel, bluesowo melancholijna, skupiona i senna jak cool jazz, wybuchowa i buntownicza niczym grunge z Seattle, dzika i szalona jak barowe songi Toma Waitsa. Każdy powinien znaleźć w niej swoje własną "muzykę duszy".

Wielka uczta dla wyobraźni, wykraczająca daleko poza klasyczne schematy literatury fantastycznej. Po prostu wspaniała powieść.

Wywiad z autorem, tradycyjnie u Wielkego Brata Googla ;).




I trochę prywaty - kilkoro z mojego osobistego panteonu amerykańskich bogów :)













środa, 14 marca 2012

Ogrody pozaziemskich rozkoszy, labirynty światów wewnętrznych, planety magii i fałszywych tożsamości, czyli mistrzowie Wolfe i Swanwick

I could never determine whether Mr Million is really aware in that sense which would give him right to say, as he always has, 'I think' and 'I feel'. When I asked him about it he could only explain that he did not know the answer himself, that having no standard of comparison he could not be positive whether his own mental processes represented true consciousness or not; and I of course, could not know whether this answer represented the deepest meditation of a soul somehow alive in the dancing abstractions of the simulation (...)
G.Wolfe "The Fifth Head of Cerberus"

Fantastyka potrafi być wielka, rzecz oczywista dla każdego kto zetknął się z tytułami niesamowitymi, przesuwającymi granice tego co (nie)wyobrażalne, nie dającymi spokoju długo po przeczytaniu, piekielnie inspirującymi, zarażającymi trudnymi do pozbycia się ideami. Są po prostu powieści nie dające o sobie zapomnieć. Dlatego złożę w tej notce mój drobny hołd dla dwóch takich tytułów - "The Fifth Head of Cerberus" ("Piątej głowy Cerbera") Gene'a Wolfe i "Stations of the Tide" ("Stacji Przypływu") Micheala Swanwicka. Obie powieści można by od biedy próbować szufladkować do fantastyki eksploracyjnej, opisującej zetknięcia człowiek-Obcy, przystosowywanie pod wymagania człowieka odkrytych planet, rysujących mapy pozaziemskich terytoriów. Jednak zarówno Wolfe jak i Swanwick nie potrafią i nie chcą napisać oczywistych historii, nie interesuje ich to oczywiste, to co na wierzchu, fantastyczne standardy - nowe planety, wielkie technologie, epickie fabuły. O nie, wolą zbłądzić w bardzo niebezpieczne terytoria pamięci, wewnętrznych narracji tłumaczących otaczający świat, odczuwania "własnego ja", zderzać wielkie szczyty filozofii ze zwierzęcymi popędami, zafundować nam bolesną, ale fascynującą psychoanalizę w dżunglach wyimaginowanych światów.
Perspektywy Freuda i Junga, nietrafione naukowo, za to niezwykle pociągające filozoficznie i kulturowo (ostatnio odświeżone filmowo w "Niebezpiecznej terapii" Cronenberga) mogły by być jakimiś punktami wyjścia do interpretacji zarówno "Piątej głowy Cerbera" (sam tytuł zapewne zainteresowałby Sigmunda F., fascynata sztuki starożytnej i renesansowej), której pierwszą część napędza tragiczny konflikt syna z ojcem na enigmatycznej planecie Świętej Anny, jak i "Stacji Przypływów" gdzie bezimienny, niemalże wyzbyty ludzkich cech Urzędnik ze świata zewnętrznego zstępuje na Mirandę, dziką, szaloną i groźną planetę, która oczekuje na nadchodzący apokaliptycznych rozmiarów potop - Superego zderza się z rozszalałym Id. Zarówno Swanwicka jak i Wolfe fascynuje fakt, że pomimo wspaniałych technologii, możliwości tworzenia i zdobywania światów pozostają w nas samych terytoria dzikie, niebezpieczne, nieoznaczone, te które tłumaczymy naszą zwierzęcością, biologią, magią. A są to chyba światy bardziej niesamowite niż najbardziej odległe układy gwiezdne.

Had I the power, I'd begin demolishing worlds today. (...) I'd tear the stars themselves apart and in their place build something worth seeing .
M.Swanwick "Stations of the Tide"

W obu powieściach jest też jakieś zetknięcie z jungowskim cieniem personalnym, odrażającym ciemnym Obcym tkwiącym w naszej duszy - u Wolfe to zaraźliwa i zakazana hipoteza, że mieszkańcami kolonii na planecie Świętej Anny wcale nie są ludzie, ale obcy którzy nauczyli się idealnej mimikry i tak bardzo stali się ludźmi, że noszą w sobie wielki lęk, że są obcymi podszywającymi się pod ludzi, więc przez lęk przed samym sobą stają się coraz bardziej ludzcy (i tak reductio ad infinitum, cały Wolfe), u Swanwicka to odkrycie głównego bohatera, że ścigając anarchistę, bioinżyniera, szalonego maga Gregoriana sam zaczyna coraz bardziej przypominać swojego wroga, podzielać jego szaleństwo, każdy krok na powierzchni Mirandy przemienia jego duszę. Kosmiczna odmiana conradowskiego "Jądra Ciemności".
Ale czy są to słuszne drogi do rozumienia tych powieści? Pisarz Adam Roberts w świetnym wstępie do "The Fifth Head..." stawia kolejne hipotezy - u Wolfe to czytelnik jest prawdopodobnie jednym z bohaterów, jest tytułową piątą głową mitycznego strażnika Hadesu(ale przecież był on trzygłowy? skąd dwie dodatkowe?), musi zmierzyć się ze swoją własną obcością, przebrnąć przez ciemność, uczestniczyć w katabazie, a książka jest otwartym pytaniem o sens, na które może znaleźć wiele odpowiedzi. U Swanwicka można by doszukiwać się alchemicznej dwoistości natury - na planecie Miranda, którą co kilkadziesiąt lat całkowicie zalewają biblijnych rozmiarów powodzie, każdy organizm wykształcił conajmniej kilka możliwych form życia, aby odrodzić się człowiek też musi zniszczyć swoją starą formę i z popiołów stworzyć nową... Magiczna symbolika, szamanizm, kulturowe archetypy u pisarzy s-f, w światach androidów, myślących maszyn, kosmicznych eksploracji? Dlaczego nie, jeśli czyta się takich Autorów.

Sometimes people ask why I got into this [puppett] business. I don't know. Usually I just say. Why would anyone want to play God? Make a face and shrug. But sometimes I think it's because I wanted to prove myself that other people exist. But we can't know that, can we? We can never really know.
M.Swanwick "Stations of the Tide"

Jeszcze kilka słów o konstrukcji tych książek, o stylu w jakim są napisane. Wolfe pisze swoim unikalnym "Głosem" (zapożyczam się bodajże u Silverberga), rozbuchanym, onirycznym, nielinearnym stylem, który przysporzył mu zapewne tylu "wyznawców", do których sam chyba coraz bardziej zaczynam się zaliczać. U Wolfe nigdy nie wiemy co zdarzy się na następnej stronie, gdzie ukryje detale pozwalające zrozumieć swoją powieść, kim do końca są jego bohaterowie, dokąd zmierzają te dziwne, "bizantyjskie" narracje. Swanwick też jest narratorem wybitnym, w wielu kwestiach przypominającym Wolfe, bawiącym się dygresjami, zagnieżdżonymi opowieściami, ukrywaniem sensów i częstującym Czytelnika bardzo nieoczywistym finałem. Dlatego trudno mówić tu o jakimkolwiek pojedynku między tymi powieściami - zestawiłem je dlatego, że pomiędzy tymi dwiema narracjami jest jakiś niebezpieczny magnetyzm, zbieżność filozoficznych i fantastyczno-naukowych poszukiwań, wędrówek w mrok ludzkiej psychiki - zmaganie się dusz z pragnieniami ciała, konflikt kulturowych znaczeń i magicznych obrzędów z technologiami zmieniającymi wszechświat, rozpaczliwe poszukiwania sensu i tożsamości, egzorcyzmowanie własnej przeszłości wśród więdnących, upadających rzeczywistości. Niebezpieczne, straszne, szalone, trudne do uchwycenia w kilku słowach opowieści. Należy czytać na własną odpowiedzialność! Narracje w pewien sposób podobne, ale zarazem odrębne, unikalne - bo o ile książki banalne, kiepskie są zawsze do siebie podobne, to książki wybitne są zawsze wybitne na swój własny sposób ;).

When we sing it is not the air that shakes. We shake extension; I am the song that all the Shadow childen sing, their thought when they think as one. Hold your hands before you thus, not touching. Now think of your hands gone. That is what we shake.
G. Wolfe "The Fifth Head of Cerberus"

W ramach atrakcji interaktywnych - bardzo sympatyczny wywiad z Michealem Swanwickiem:



PS. W następnym odcinku pozytywnie szalony Brytyjczyk i próba opisania mitologii Ameryki, snów o Ameryce, czyli naturalnie Neil Gaiman :).

czwartek, 8 marca 2012

Per aspera ad astra - Greg Bear "Hull Zero Three"

Creator of all
Bless those who are small
With wisdom and love.
Provide for our care
And Guide us as we voyage
Across vastness unspeakable
Toward bright new homes.
We honor space
Which is your memory,
And seek the wisdom
That is our ration,
No more, no less.
Amen.


Przyznam się szczerze, że "Hull Zero Three" to pierwsza powieść Grega Beara z jaką mam do czynienia. Na pewno nie ostatnia ("Queen of Angels", "The Forge of God" i parę innych już się prosi o lekturę ;)), bo była to niepokojąca i fascynująca podróż przez gwiazdy. Na wstępie ostrzegam jednak, że nie każdemu przypadnie ona do gustu. To książka ze specyficzną, pierwszoosobową narracją, oniryczną, ciemną, duszną atmosferą i z fabułą, której sens trzeba budować kawałek po kawałku. To posępny labirynt z niełatwym przesłaniem, w którym świetnie będą bawić się fani Huberatha, Wolfe, Mieville, M.Johna Harrisona, Egana, z tą lekturą trzeba się trochę "posiłować". Jednam sam styl prowadzenia tej opowieści, poczucie Tajemnicy, specyficzni, nie zawsze ludzcy, bohaterowie, wynagradzają początkowy trud wejścia w zagadkowy "bearowski" świat.

More words, longer, richer words, implying a process - surrounding world with its own expectations. The words are like doors that open. They hold their own promise. Soon I'm shouting big new words into the browness, the not-quite darkness. Some of them mean nothing. Others provide strengh and relief.

Głównym bohaterem "Hull Zero Three" jest bezimienny Nauczyciel, człowiek (albo dziwny potomek homo-sapiens?) wybudzony ze Snu [Dreamtime], dziwnego stanu umysłu w którym przebywał w trakcie trwającej stu- albo tysiąclecia podróży Statkiem ku nowemu, nadającemu się do zasiedlenia światu. Jednak upragniony "Raj", wymarzony nowy początek nie został osiągnięty, Statek popadł w szaleństwo, z bezpiecznego azylu przemienił się w śmiertelnie groźny labirynt. A świeżo wybudzony, niedoszły architekt nowych porządków, z wielkim trudem i powoli zaczyna przypominać sobie fakty, bez których nie da się przeżyć we wrogim wnętrzu oszalałego Statku-Matki. Co gorsza, nawet własne wspomnienia w tym dziwnym świecie mogą być iluzjami, zaszczepionymi fantomami umysłu, wytworzonymi przez biologiczne procesory Okrętu 03. Przypominające wnętrza katedr sale Statku, przedziwne istoty które Nauczyciel napotka (szalone twory zdegenerowanych biologii), odsłaniająca się powoli fabuła - najnowsza książka Beara to bilet na bardzo dziwną, hipnotyzującą podróż przez ciemny, wrogi kosmos oraz ostrzeżenie przez groźnymi siłami jakie nauka i postęp mogą przywołać. Greg Bear, tak jak wielu jego poprzedników, wyraźnie podkreśla,że istotą najgroźniejszą dla człowieka jest tak naprawdę inny przedstawiciel homo sapiens. Szczególnie, gdy w naszych rękach znajdą się tak groźne narzędzia jak wiedza i technologia pozwalające przekształcać całą rzeczywistość.

Out stories, our lives, will go on. I refuse to allow that love to die, just because it was never real.

Ciemna, naprawdę wciągająca powieść hard s-f, łącząca klasyczne motywy wędrówki do odległych gwiazd z ciekawymi wnioskami dotyczącymi manipulacji biologią i pamięcią. Mimo specyficznego, bardzo unikalnego stylu czyta się ją jednym tchem. Do tego niesamowity finał. Warto!


Krótki, ale bardzo sympatyczny wywiad z autorem:

środa, 7 marca 2012

Interludium 1...

Szykuję się do recenzji najnowszej powieści Grega Beara, , więc niedługo coś nowego będzie :) (dlaczego, dlaczego twórcy "Pandorum" nie poprosili Mr. Beara o scenariusz, można by stworzyć tak niepokojący, niesamowity film wg "Hull 03"..., tematyka ta sama, a tak stworzyli coś "autorskiego" i wyszło jak wyszło). A pozostając pod wielkim wrażeniem pierwszego tomu Trylogii Marsa ("Red Mars") Kima Stanleya Robinsona kolejkuję tomy następne. Wielka, naukowa, filozoficzna, socjologiczno-psychologiczna, ekologiczna, polityczna powieść, monumentalne s-f w wielkim stylu, ale planuję o całości napisać po lekturze wszystkich 3 tomów. Na razie tym co jeszcze nie widzieli (a są tacy?) proponuję rzucić okiem na trailer "Prometeusza" Scotta. Nie ukrywam, że trzymam kciuki za ten film :).