niedziela, 30 grudnia 2012

O Dickensie, Londynie i innych demonach - "Drood" Dan Simmons

My name is Wilkie Collins, and my guess, since I plan to delay the publication of this document for at least a century and a quarter beyond the date of my demise, is that you do not recognise my name. Some say that I am a gambling man and those that say so are correct, so my wager with you, Dear Reader, would be that you have neither read nor heard of any of my books or plays. Perhaps you British or American peoples a hundred and twenty-five or so years in my future do not speak English at all. Perhaps you dress like Hottentots, live in gas-lighted caves, travel around in balloons, and communicate by telegraphed thoughts unhindered by any spoken or written language. Dan Simmons, "Drood"

Najdroższy z Czytelników tego bloga,

Wiem, że zastanawiałeś się ostatnio nad lekturą jakiejś wyjątkowej powieści, nad książką która pochłonie Cię bez reszty, przeniesie całą duszą do innego świata a potem pozostawi wyczerpanego i wstrząśniętego. Twierdzisz że takich powieści teraz nie ma, takich narracji obecnie się nie pisze? Z wielką radością powiadamiam Cię że całkowicie się mylisz, a doskonałym przykładem na poparcie mojej tezy jest wielki tom zatytułowany Drood pióra Dana Simmonsa, którego być może znasz z tak interesujących pozycji jak "Hyperion", "Illium", "Song of Kali" lub "Terror". Cóż, drogi Czytelniku, nawet jeśli wymienione powyżej tomy niewiele Ci mówią (a może wręcz przeciwnie - już się z nimi zapoznałeś?) to "Drood" jest wspaniałą okazję by rozpocząć przygodę z prozą Simmonsa lub, jeśli ta proza nie jest obca Twemu literackiemu gustowi - kontynuować wspaniałą podróż z tym wybitnym władcą pióra zza Atlantyku. Gwarantuję, że sięgając po wielki, ponad 800 stronnicowy tom z niepokojącym zarysem londyńskiego dżentelmena na okładce nie przeżyjesz rozczarowania, a wręcz przeciwnie - będziesz tę wyjątkową powieść czytał z wielką fascynacją, często poświęcając późne nocne godziny by dokończyć niejeden rozdział. Taka jest moc wspaniałej prozy, o czym obaj drogi Czytelniku doskonale wiemy poświęcając niezliczone godziny naszego żywota tysiącom zapisanych stron.

His imagination was always more real than the reality of daily life.

Pytasz się mnie o czym "Drood" opowiada, dlaczego właśnie tę pozycję tak zachwalam? To powieść o późnych latach życia wielkiego Charlesa Dickensa, autora wybitnego, którego sława w swoim czasie dorównywała sławie największych współczesnych gwiazd kina lub muzyki, sybaryty, bywalca salonów, ale też bezwzględnego człowieka o niezrównanej woli mocy miażdżącej często ludzi od niego psychicznie słabszych, mniejszych. Tak na marginesie - Dickens podobno faktycznie posiadał w sobie jakąś magnetyczną moc, potrafił bez problemu podporządkowywać sobie innych, kontrolować tłumy słuchaczy podczas publicznych odczytów własnych dzieł. Ale wracając do "Drooda" - ta wspaniała powieść którą być może przeczytasz, Drogi Czytelniku, zaczyna się od tragicznych wydarzeń czerwca 1865 r., gdy Dickens podróżując pociągiem w towarzystwie pewnej młodej damy (ach nie bójmy się użyć tego słowa - kochanki) padł ofiarą tragicznej katastrofy kolejowej, w wyniku której o mało nie stracił życia, ledwo ocalił zdrowe zmysły i napotkał na swojej drodze tajemniczą, demoniczną postać Pana Drooda - złą, ciemną istotę która miała odmienić jego życie na zawsze. Jak mogłeś się Drogi Czyteniku domyśleć - tytuł powieści i sama postać Drooda nawiązują do ostatniej, niedokończonej powieści Dickensa - "The Mystery of Edwin Drood", ale robią to w sposób niebanalny, fascynujący, trzymający w napięciu aż do ostatniej strony. To opowieść o Sztuce, szaleństwie i namiętnościach targających ludźmi tak mocno, że są w stanie krzywdzić i zabijać tych którzy staną na ich drodze.

But, God help me, I loved Charles Dickens. I loved his sudden, infectious laugh and his boyish absurdities and the stories he would tell and the sense—when one was with him—that every moment was important. I hated his genius—that genius which eclipsed me and my work when he was alive, and has eclipsed me more every year that he has been dead, and which—I am certain of this, Faithless Reader—shall eclipse me even more in your unobtainable future.

Niezwykłym konceptem zastosowanym przez Simmonsa jest idea by narratorem powieści był Wilkie Collins - przyjaciel, jak i konkurent sławnego Dickensa, człowiek który jak nikt inny doceniał literacki geniusz Niezrównanego, ale też życie i tworzenie w wiecznym cieniu artysty któremu nie mógł dorównać skazało go na cierpienie i piekielne męki. Co więcej - Collins jako narrator nie wzbudzi Czytelniku Twego zaufania - to obdarzony niepokojącym talentem dekadent i nihilista, nie stroniący od niemoralnego towarzystwa, szukający ukojenia w laudanum, palarniach opium oraz ramionach młodych kochanek. Wilkie Collins jawi się jako człowiek gotowy na pakt z samym Diabłem by zdetronizować Dickensa i zyskać status najwybitniejszego z brytyjskich pisarzy. Do tego obrazu dołóżmy mglisty Londyn drugiej połowy XIX wieku - z literackim życiem i klubami dla dżentelmenów pełnymi rozmów, wielkich emocji, prywatnych wojen, oraz z ciemnymi dzielnicami biedoty, rozpaczy i nędzy, do których tak chętnie zapuszczali się zarówno Dickens jak i Collins, chorobliwie zafascynowani ludzkim upadkiem i złem. No i nie zapominajmy o tytułowym Droodzie - istocie z cieni i ciemności, mającej demoniczny wpływ na losy zarówno Dickensa jak i narratora powieści - Wilkie Collinsa, istocie która sprowadzi ich życie na bardzo niebezpieczne tory prowadzące do tragicznych konsekwencji... Ale więcej Ci Drogi Czytelniku nie powiem, nie chcę zdradzać zbyt dużo by nie naruszać ogromnej przyjemności płynącej z ogromnej pod wszelkimi względami powieści Simmonsa.

ALL RIGHT… Reader. I know that you could not care less for my history or pains or even the fact that I am dying as I labour to write this for you. All you want to hear about is Dickens and Drood, Drood and Dickens. I have been wise to you from the start… Reader. You never cared about my part of this memoir. It was always Dickens and Drood, or Drood and Dickens, which kept you reading.

Od niezwykłych obrazów londyńskiej literackiej socjety i skomplikowanych relacji łączących Dickensa z najbliższymi mu ludźmi, jego fascynacje hipnozą, gnozą i okultyzmem (sic!) aż po gotycką grozę chwil gdy na scenę wkracza tytułowy Drood - Simmons nie pozwoli Ci się znudzić, bo nawet chwile względnego spokoju są tylko preludiami do kolejnych burz i sztormów. To wspaniała powieść, bogata i gęsta, świadectwo wielkiego talentu jak i ogromnej pracy Dana Simmonsa jakie włożył w napisanie każdej strony (warto spojrzeć choćby na obszerną bibliografię obejmującą liczne biografie Dickensa, opracowania jego dzieł, jak i książki o handlu opium czy przestępczości XIX w. Londynu). Najdroższy z Czytelników, jeśli takiej książki szukałeś to zakończ lekturę tego listu, poszukaj "Drooda" w najbliższej księgarni, a potem zatop się w tej wspaniałej i ciemnej powieści by na kilka niezwykłych chwil przenieść się do innego świata, czego Ci ze wszech miar życzę,

Twój oddany na zawsze,
Przesyłający najszczersze wyrazy szacunku i życzliwości,
M.

P.S. A tak na marginesie to wybitny utwór Rachmaninova, który wiernie towarzyszył mi w lekturze najnowszej powieści Simmonsa, doskonale współgrający z tą niezwykłą aurą "Drooda".

czwartek, 11 października 2012

Inżynier machin wyobraźni, mechanik snów, zegarmistrz światów rozkwitających w pamięci, snach i marzeniach - Gene Wolfe "Peace", "The Best of Gene Wolfe: A Definitive Retrospective of His Finest Short Fiction"

"Sitting before my little fire, I know, when the wind blows outside, moaning in the fieldstone chimney I caused to be built for ornament, shrieking in the gutters and the ironwork and the eaves and trim and trellises of the house, that this planet of America, turning round upon itself, stands only at the outside, only at the periphery, only at the edges, of an infinite galaxy, dizzily circling. And that the stars that seem to ride our winds cause them. Sometimes I think to see huge faces bending between those stars to look through my two windows, faces golden and tenuous, touched with pity and wonder; and then I rise from my chair and limp to the flimsy door, and there is nothing", Gene Wolfe, "Peace"

Jak śpiewa Chris Cornell na najnowszej płycie Soundargen – been away too long. Dużo wydarzeń – tych lepszych i tych gorszych – oraz ogólne poczucie życia w biegu nie pozwoliły na odświeżanie neurobloga w takim stopniu i tak często jak tego bym sobie życzył. Ale aktualizacje będą, obiecuję, jeśli w końcu wreszcie uda się ogarnąć rzeczywistość. Na dobry początek znów o autorze, od którego uwolnić się nie mogę (i nie zamierzam), którego prozę im bardziej poznaję tym bardziej rozumiem jak mało dotąd ją rozumiałem. To taki autor "na życie", do którego tekstów z całą pewnością będę wracał przez wiele lat. Chodzi naturalnie o mistrza pułapek, labiryntów i paradoksów – czyli o Gene’a Wolfe. Tutaj pozwolę sobie na małą dygresję – są i były takie powieści które w silnym stopniu przestawiają „zwrotnice myślenia”, pozwalają odkryć niepoznane dotąd, niepomyślane terytoria, powieści które trzeba przeczytać w odpowiedniej chwili i odpowiednim czasie by wszystkie te magiczne mechanizmy literatury i wyobraźni odpowiednio „zaskoczyły”. Taką powieścią był „Władca Pierścieni”, który pozwolił mi odkryć fantastykę jako taką, mistyczna „Diuna” Franka Herberta, absolutnie doskonałe „Solaris” Lema, nieprawdopodobnie złożone „Anathem” Stevensona, hybrydowe wizje „Perdido Street Station” Mieville, neurofilozoficzne „Blindsight” Wattsa czy arystotelejskie „Inne Pieśni” Dukaja (dzięki któremu moje zainteresowanie fantastyką przeżyło wielki renesans), czy ostatnio apokaliptyczne „The Road” McCarthy’ego lub niesamowicie poruszające „The Cloud Atlas” Mitchella (mocne dowody na to że w głównym nurcie, w literaturze współczesnej z najwyższej półki, jest miejsce na tematykę znaną dobrze fanom fantastyki).

"I have sometimes thought that the reason the trees are so quiet in summer is that they are in a sort of ecstasy; it is in winter, when the biologists tell us they sleep, that they are most awake, because the sun is gone and they are addicts without their drug, sleeping restlessly and often waking, walking the dark corridors of forests searching for the sun." Gene Wolfe, "Peace"

„Peace” Wolfe to właśnie powieść z gatunku tych powodujących poważną rewolucję w czytelniczych paradygmatach, zjawisko unikalne i niepowtarzalne, próba oceniania jej na jakichkolwiek skalach nie ma dla mnie żadnego sensu - chyba że kogoś bawi konwersja czystej magii literatury na punkty lub stopnie Celsjusza. "Peace" to niesamowita literacka łamigłówka i paradoks zaszyte mistrzowsko w zwyczajną (z pozoru) opowieść o starym człowieku - Aldenie Denisie Weer - wspominającym swoje dzieciństwo i dorastanie w małym amerykańskim miasteczku, zagubionym pośród wzgórz i lasów. Ale to nie jest to tylko opowieść o przeszłości, ale też opowieść o opowieściach, o tym jak wracając do przeszłości tworzymy całe światy na nowo, przekształcamy wspomnienia i wrażenia pod wpływem chwili obecnej, tego kim jesteśmy teraz lub kim chcemy się stać. Alden Weer, tak jak słusznie zauważył jeden z recenzentów powieści Wolfe, ma wiele wspólnego z innymi postaciami stworzonymi przez tego amerykańskiego autora - Severianem z Księgi Długiego Słońca czy Latro z trylogii Żołnierza Mgły - nie ufa swojej pamięci, ale nie widzi innej drogi do zrozumienia siebie i tej dziwnej pustki w jakiej się znalazł niż wędrówka przez ciemne korytarze i labirynty własnego umysłu, wędrówka przez światy bez map i bezpiecznych ścieżek. "Peace" Wolfe to też mroczna baśń ze zjawami, demonami i historiami o ludziach których ciało przemieniło się kamień, słodko-gorzka opowieść o dzieciństwie spędzonym w rodzinie skrywającej wiele ciemnych sekretów, próba zobaczenia rzeczywistości z perspektywy dziecka - dla którego różnica między realnym i nierealnym nie jest jeszcze tak wyraźna jak w świecie dorosłych.

"(...) walls of those old houses in my mind are like that, rotting and falling, yet at the same time armed with thorns and gay with strange flowers, and bound tighter with the roots of all the living things that have grown there than they ever were with mortar and plaster." Gene Wolfe, "Peace"

Ale jest w "Peace" jeszcze jedna opowieść, ukryta wśród pozostałych, ale też z nich bezpośrednio wynikająca, opowieść którą czytelnik odkrywa dopiero po skończeniu lektury, dzięki której można zrozumieć kim jest naprawdę Alden Weer i docenić mroczny żart Gene'a Wolfe jakim jest takie a nie inne zatytułowanie powieści. Naturalnie tego ostatniego, najważniejszego elementu zdradzać nie zamierzam, odkryjcie to sami. Na marginesie dodam, że nawet jeśli kogoś te zagadki nie interesują, nawet jeśli za fantastyką nie przepada to i tak "Peace" powinien przeczytać z jednego prostego powodu. Ta książka jest po prostu niezwykle pięknie napisana - wyjątkowy styl Wolfe, głębia myśli i niespotykana wrażliwość powodują, że zamykanie "Peace" na półce z prostą etykietą "fantastyka" jest głęboko niesprawiedliwe i ograniczające - to zwyczajnie jest wielka literatura poza wszelkimi gatunkami. (Na marginesie: "Peace" przeczytałem już dwa razy i mimo to dalej pozostaje wobec tej prozy bezradny, zgadzam się z Gaimanem że druga lektura tej książki jest ciemniejsza, mroczniejsza, widać to odbicie w lustrze którego nie dostrzegamy za pierwszym razem. Wolfe to wszystko widział i wie że pewne rzeczy lepiej dostrzega się z dystansu, gdy minie trochę czasu, Wolfe to najwspanialszy z magów.)

"'I don't think you ought to lie to us.' 'Why not? If by chance you become well, you will be released, and if you are released you will have to deal with your society, which will lie to you frequently. Here, where there are so few individuals, I must take the place of society. I have explained that.'" Gene Wolfe, "The Death of Doctor Island"

Przy okazji pisząc o Wolfe nie mogę nie wspomnieć o jego opowiadaniach, po które sięgnąłem po raz pierwszy ostatnio. Zbiór "The Best of Gene Wolfe: A Definitive Retrospective of His Finest Short Fiction" z tekstami wybranymi przez samego autora polecam gorąco, bo tak jak w przypadku wielkich powieści jego krótkie teksty są zjawiskami niezwykłymi, wypełnionymi unikalną wyobraźnią, umiejętnością dotknięcia tego co nienazwane, wielkim talentem do wywołania w czytelniku ogromnych emocji. Wiele z tych historii (w tym legendarny Archipelag, czyli "The Island of Doctor Death", "Death of Doctor Island" i "Death of Island Doctor" - zbiór tekstów który łączy nie tylko permutacja słów w tytule, ale i pewien filozoficzny zamysł) to Wolfe w pigułce - piękne, ciemne, wielowarstwowe narracje z tajemnicami o których czytelnik będzie myślał długo po zamknięciu całego zbioru. Jeśli ktoś swojej przygody z Wolfe jeszcze nie zaczął - świetny start, a dla znających autora tylko z powieści - wspaniałe przeżycie, szczególnie że każdy z tekstów został wzbogacony o posłowie od Wolfe, często równie niesamowite co samo opowiadanie.

A już zupełnie na koniec pewien ciekawy fakt - Gene Wolfe, autor fantastyki dziwnej, tajemniczej i nieoczywistej, koneser literatury światowej, historii Bizancjum, znawca teologii chrześcijańskiej i filozofii, większą część życia spędził jako szanowany inżynier (!) zajmujący się maszynami rolniczymi i spożywczymi (!!), był głównym edytorem pisma "Plant Engineering", a jednym z jego słynnych osiągnięć była maszyna do robienia znanych chipsów - Pringlesów (!!!). Trudno uwierzyć? Wolfe jest po prostu tak paradoksalny i zjawiskowy jak postać z jego własnej książki :).

PS. Dla tych którzy chcieliby przeczytać Wolfe po polsku wspaniała wiadomość - wydawnictwo MAG w ramach serii Uczta Wyobraźni planuje wydać "Peace" (powieść, która nigdy się chyba w naszym kraju nie ukazała). Mam nadzieję, że wznowień doczekają się też inne jego powieści i opowiadania, w tym Księga Nowego Słońca.
PS2. Od Wolfe postaram się chwilę odpocząć, za to na pewno planuję napisać o Johnie Crowleyu i kilku innych ciekawych postaciach :).

wtorek, 18 września 2012

Deus Ex Machina, czyli bogowie z luster, prawdy z kłamstw, theodemonie i epifanie skąpane w blasku sztucznych słońc - Book of the Long Sun: Litany of the Long Sun / Epiphany of the Long Sun - Gene Wolfe

The gods smile on us, my son, or so it is written. It's a wonder they don't laugh aloud.

I had always thought enlightment would be a voice out of the sun, or in my own head, a voice that spoke in words. But it's not like that at all. He whispers to you in so many voices , and the words are living things that show you. Not just seeing, the way you might see another person in a glass, but hearing and smelling - and touch and pain, too, but all of them wrapped together so they become the same, parts of that one thing.

Wolfe i Jego Słońca ponownie na moim blogu... Jakiś czas temu przy okazji rozmów o fantastyce znów dużo dyskutowałem o Wolfe, więc naturalną koleją rzeczy była chęć sięgnięcia po dawno nie czytane książki tego uwielbianego przeze mnie autora. Z Księgą Długiego Słońca, tak jak ze słynnym cyklem Nowego Słońca i "grecką" dylogią o losach Latro zetknąłem się już w czasach licealnych, ale wtedy jeszcze coś nie zaskoczyło. Nie do końca wiedziałem jak jego prozę odbierać, jak "czytać" jego unikalny styl, wyobraźnię i barokowo rozbuchane idee, tak specyficzna fantastyka jeszcze mnie nie fascynowała w tym stopniu co obecnie...

He is not mad. He is only more clever than you. It is not the same.

Wiele, wiele tysięcy kartek później ;)... Prozę Wolfe teraz odbieram znakomicie, być może te książki są jak ciężkie, wytrawne, czerwone wino - trzeba wyrobić sobie do nich smak, a wtedy Czytelnik zostaje obdarowany naprawdę niezwykłymi wrażeniami. Tak jak w przypadku Księgi Nowego Słońca trudno cykl o Długim Słońcu zaklasyfikować - są tu elementy typowe dla literatury fantasy (istoty obdarzone nadnaturalnymi mocami, zwierzęta mówiące ludzkim językiem, zdarzenia nie dające się pojąć "szkiełkiem i okiem", technologie tak nierealne że aż magiczne) perfekcyjnie połączone z rzeczywistością bardzo odległą od tej konwencji - na pierwsze ślady każdy czytelnik natknie się dość szybko - sztuczni, "chemiczni" ludzie, metalowi żołnierze, bogowie przemawiający przez święte ekrany wprost z Mainframe'u (Rdzenia Głównego), latające metalowe "rydwany", sztucznie wyhodowane bestie rodem z obrazów Boscha, tysiące ludzi śniących w szklanych słojach, gotowych do przebudzenia gdy Rdzeń tego zapragnie. Do tego spora porcja stuprocentowego Wolfe w Wolfe - uwielbienie do kultury starożytnej Grecji i Bizancjum, rozbuchane opisy i wielostronicowe dialogi, fascynacja ludzkim szaleństwem, świadomością, umysłem, pamięcią i próbą rozszyfrowania niejednoznacznej rzeczywistości.

Circumstances have changed (...). That's all, or nearly all. There is an essential core at the center of each man and woman that remains unaltered no matter how life's externals may be transformed or recombined. But it's smaller than we think.

Fabuła? Prosta z pozoru historia augura o imieniu Jedwab z politeistycznej świątyni przy Ulicy Słońca, który wplątuje się w wiry wielkiej polityki, namiętności i wojny kierowany objawieniem tajemniczego Boga Zewnętrznego, szybko rozwija się w złożoną, gęstą, wieloznaczną opowieść - jedną z tych gęstych od znaczeń opowieści za które tak cenię Wolfe. Uważni czytelnicy znający losy Severiana z Księgi Nowego Słońca odnajdą w Księdze Długiego Słońca elementy wspólne (zdradzać ich nie zamierzam, warto odkryć samemu). Książki te łączy też naturalnie pewien unikalny rodzaj atmosfery, tak charakterystyczny dla prozy Wolfe klimat światów rozpadających się, gasnących, dalekich od świetności. Światów w którym kłamstwa i niewiedza zakryły całą prawdę o naturze rzeczywistości, wielkie idee przerodziły się w fałszywe mity.

Paradoxes explain everything. Since they do, they cannot be explained.

To co tak totalnie odróżnia Wolfe od innych to styl, klasa rozgrywania typowych dla fantastyki elementów - Wolfe nie poda czytelnikowi na tacy informacji, że dana postać jest androidem - sztucznym człowiekiem... O nie - napisze raczej o tym jak zmęczona, stara kobieta pociera stalowymi dłońmi swoją metalową twarz, a mechanizmy w jej pordzewiałych nogach nie działają tak dobrze jak w dawnych czasach Krótkiego Słońca. Wolfe łączy grecko-bizantyjskie słownictwo z futurystycznymi wizjami, rekwizytami charakterystycznymi dla steampunku, dyskusją o teologii, religii, etyce i polityce, bawi się bohaterami (i wyobraźnią Czytelnika) używając snów, proroctw i niepokojących wizji niczym demiurg rozstawiający figury na wielkiej szachownicy. Naturalnie nie byłby sobą gdyby nie nasycił tych powieści tysiącami (pozornie) nieistotnych detali, detali które nagle zaczynają odgrywać wielką rolę w fabule, całą galerią dość niezwykłych postaci (pomysł by imiona mężczyzn, kobiet i "ludzi chemicznych" pochodziły od zwierząt, roślin, kwiatów i minerałów dodaje tym i tak niezwykłym powieściom zupełnie unikalnej atmosfery), a całej rzeczywistości Whorla (świata Długiego Słońca) nie oparł na wielkiej Niewiadomej, którą Czytelnik wraz z Jedwabiem musi rozszyfrować. Naprawdę niecodzienne zakończenie powoduje tylko, że ma się wielką ochotę sięgnąć po Księgę Krótkiego Słońca, ostatnią jak dotąd ze "słonecznych trylogii" Wolfe...

Czytanie Wolfe to wędrówka przez labirynt, to wizje niezwykłe i piękne w swojej tajemnicy, ale to też proza ciężka, złożona, wielowarstwowa, wymagająca cierpliwości i nagradzająca uważną lekturę. Jednak błyskawiczne i łatwe "przyswajanie" książek tego autora przypominałoby raczej picie wytrawnego wina duszkiem lub jedzenie wyśmienitej potrawy "w biegu" - raczej nie warto, prawda? Fantastyka chyba nieporównywalna do niczego innego, oszałamiająca, "wizyjna", bizantyjska i oniryczna, od której niełatwo się uwolnić po przeczytaniu ostatniej strony. Jak słusznie zauważył Gaiman prawdziwą magię Wolfe czuje się nawet po skończeniu ostatniej strony, tygodnie po odłożeniu książki na półkę. Zmuszająca do myślenia, piękna i groźna lektura - nie muszę chyba odpowiadać na pytanie czy i dlaczego warto jej spróbować?

This is something I have to lie about, at least until it no longer matters, simply because everyone would think I lied if I told the truth.

Na marginesie: Jeśli ktoś jeszcze w ogóle nie próbował prozy Wolfe, a ma na to odwagę - najlepszym początkiem będzie moim zdaniem "Piąta Głowa Cerbera" i "Cień Kata" (I tom Księgi Nowego Słońca). Niełatwe do zdobycia, ale warte wysiłku książkowych łowów :). Dla wielbicieli tych tytułów lektura Księgi Długiego Słońca jest absolutnie obowiązkowa :). Miłych, nocnych wędrówek po Urth, Whorlach, oceanach błękitu i dżunglach zieleni. Uważajcie na mgły unoszące się nad jeziorami, kształty bestii wymalowane na pustych niebach przy pomocy płonących słońc i twarze patrzące z luster - być może nie spostrzeżecie się, gdy zostaniecie noktolaterami ciemnej prozy Gene'a Wolfe.

PS. Wszystkie cytaty pochodzą naturalnie z Księgi Długiego Słońca.

PS II. Fantastyczna lektura Księgi Długiego Słońca w zupełnie niespodziewany sposób zbiegła się z premierą pierwszej od chyba 15 lat płyty Dead Can Dance - "Anastasis". Ich legendarne albumy "Within a Realm of the Dying Sun", "Aion", "Into the Labirynth" fenomenalnie towarzyszyły mi przy czytaniu Księgi Nowego Słońca, więc połączenie dźwięków "Anastasis" i losów postaci z Whorla Długiego Słońca było po prostu czymś naturalnym. Przy zakupie większej liczby książek Wolfe dyskografia DCD powinna być po prostu gratis (i vice versa) ;).

niedziela, 12 sierpnia 2012

Pieśni to wielkie, pieśni - tworzenie... O fantastyce gigantycznych idei, post-ludzkich socjologii, politykach duszowładztwa- "Inne Pieśni" Jacka Dukaja i "Aristoi" Waltera J. Williamsa

"Lecz czuję w sobie, że gdybym mą wolę / Ścisnął, natężył i razem wyświecił, / Może bym sto gwiazd zgasił, a drugie sto wzniecił"
Adam Mickiewicz "Wielka Improwizacja"

"Trzeba mieć jeszcze w sobie chaos, aby móc zrodzić tańczącą gwiazdę" Fryderyk Nietzsche "To rzekł Zaratustra"

Powieści gigantyczne, powieści-katedry, z wielowarstwowymi, precyzyjnymi "world-buildingami", niosące ze sobą spójne, ale i nieprawdopodobne, porażające idee. Sztandarowe powieści Dukaja i Williamsa, choć w stylu i szczegółach bardzo różne, czerpią obie z tych samych idei - intelektualnego piękna i logiki klasycznej greckiej filozofii, szukania harmonii między naukami które obecnie nazywamy ścisłymi i humanistycznymi, wreszcie w wyborze bohaterów, którzy realizują marzenia poetów romantyzmu o jednostkach w pełni wolnych, obdarzonych siłami tworzenia i palenia całych światów, Nadludzkich postaciach o "nietzscheanśkiej" Woli Mocy, którzy potrafią realnie przemienić całą rzeczywistość i ludzi wokół. O jednostkach, które zapłacą dużą cenę za dziki, nieokiełznany "Boży Ogień", który w sobie niosą.

"To Persepolis, the dream, came Gabriel. Demons buzzed insistently in his head, but he kept them on tight rein. For Persepolis was a place, where demons, as well as dreams, were shared."W.J.Williams "Aristoi"

Aristos Gabriel w "Aristoi" Williamsa (z greki starożytnej: "najlepszy", "szlachetny wojownik", posiadający Arete - "właściwą naturę") jest właśnie taką istotą Nadludzką - razem z innymi Najwyższymi pośród Najwyższych odbudowuje świat po gigantycznej katastrofie związanej z nanotechnologią, która wyrwała się spod kontroli i pożarła Ziemię. Jego umysł zasiedlają spętane daimoniony, "wewnętrzne głosy" powstałe z rozszczepionej z premedytacją osobowości, pozwalające odnajdywać się w wielu realnych i wirtualnych rzeczywistościach równocześnie. Buduje światy, tworzy Sztukę, bierze udział w polityce obejmującą kosmos, kocha i unosi się namiętnościami niczym greckie bóstwo, lecz ostatecznie napotka kogoś o mocy i woli anihilacji całego świata Ludzi-Bogów. I będzie musiał walczyć o wszystko, w tym swoją własną duszę, bo nawet Bogowie mogą upaść, a z nimi całe rzeczywistości.

"Charakter rodzi się z wypracowanych nawyków. Kogokolwiek byś udawał, byle wystarczająco konsekwentnie, tym się w końcu staniesz. To odróżnia nas od zwierząt i istot niższych, ich Forma pochodzi zawsze z zewnątrz, same nie są w stanie się zmienić."Jacek Dukaj "Inne Pieśni"

U Dukaja w "Innych Pieśniach" główna postać - pan Hieronim Berbelek - jest w pewnym sensie takim aristosem upadłym. Dawniej wielki strategos, dowódca wojsk zmieniających układ sił w alternatywnym, "post-greckim" świecie (u Dukaja to nie gasnąca, starożytna cywilizacja grecka dominuje nad rzeczywistością, a serce świata bije między innymi w Aleksandrii), ale zgnieciony przez anthos (formę, oddziaływanie) Czarnoksiężnika - Maksyma Roga, Olbrzyma Uralskiego, próbuje odbudować siebie, swoje myśli i tożsamość, by znów stanąć do walki z największymi potęgami świata. A ostatecznie stoczy walkę o cały świat, o logikę i zasady jego funkcjonowania. U Dukaja cały precyzyjnie skonstruowany, arystotelejski świat to wojna - ścierają się cztery żywioły, walczą imperia, każda myśl, pragnienie i słowo niemalże fizycznie odciskają się w rzeczywistości, a najwyższą elitę stanowią ci, którzy własną wolą, wewnętrzną aurą potrafią naginać surową Materię do narzuconej przez siebie Formy.

Zarówno "Aristoi" jak i "Inne Pieśni" to fantastyka wielkich idei, absolutnie nie nadająca się do prostej klasyfikacji. Pewnie, że u Williamsa są echa space-opery, cyberpunku, thrillera politycznego, nawiązania do klasyki s-f (wyraźne wpływy fenomenalnego "Pana Światła" Zelaznego), ale całość jest niesamowicie świeża i oryginalna, wgniatająca w fotel, mimo tych 20 lat od napisania. O "Innych Pieśniach" Dukaja nie jestem w stanie mówić inaczej niż w absolutnych superlatywach - ta książka jest jak doskonałe dzieło sztuki, idealny mechanizm w którym gra wszystko - mnogość idei, fenomenalny język i styl, fantastyczne postaci, narastające z każdym rozdziałem tempo opowieści, a przede wszystkim przejmująca spójność i klarowność prezentowanych myśli. A sam Autor dokonuje niemożliwego - choć konstrukcję świata, wizję rzeczywistości bierze z nierealnych wyobrażeń starożytnych to całość konstruuje niczym mistrzowie twardego jak diament hard-sf - wizja jest spójna - od eteru wypełniającego kosmos po sposoby postrzegania etyki, polityki, społeczeństw. Klasyfikacji się nie podejmuję, bo pewnie trzeba by wynajdować twory typu sophia fiction czy arete-punk żeby to opisać :). (Na marginesie dodam, że dzięki "Innym Pieśniom" Jacka Dukaja, dzięki temu ogromnemu wrażeniu, jakie zrobiła na mnie ta powieść, na nowo wróciłem do czytania fantastyki - po dobrych kilku latach przerwy. A dzięki jego recenzjom zwróciłem uwagę na takich autorów jak Watts, Stephenson, Donaldson, Swanwick i ... W.J. Williams).

Zacząłem od próby recenzji, skończyłem na peanie na cześć dwóch powieści. Trudno, tak się zdarza jak czyta się (w moim odczuciu) coś absolutnie świeżego, oryginalnego, nieskończenie dalekiego od nudnych, banalnych schematów w jakie potrafi wpaść ogólnie pojmowana fantastyka. W obiektywizm bawić się nie będę, sam z przyjemnością do tych książek nie raz wrócę. Dukaj w "Innych Pieśniach" i Williams w "Aristoi" to autorzy tworzący wizje światów niemalże wypalające umysł, nie bojący się rzucić czytelnika na głębokie wody filozofii, idei, "przestawiający" parametry rzeczywistości i obserwujący co się stanie z myślami, językiem, społeczeństwami. Nie bojący się tworzyć naprawdę epickich wizji światów alternatywnych. Prawdziwi aristosi pióra, których potężnemu anthosowi ja, śmiertelny Czytelnik ulegam. Jestem na tak! Parafrazując komisarza Gordona z "Mrocznego Rycerza" Nolana - to nie jest fantastyka na jaką zasługujemy, to jest fantastyka jakiej potrzebujemy :).

PS. Jeśli chodzi o dostępność to naturalnie z "Innymi Pieśniami" problemu nie ma, pięknie wydany tom (fantastyczna okładka Bagińskiego) przez Wydawnictwo Literackie można ciągle zdobyć w wielu miejscach. Jest też wersja mobi/epub, można znaleźć na stronie Autora. "Aristoi" po polsku można zdobyć na Allegro, widziałem tam kilka sztuk. Jest też anglojęzyczne wznowienie w wersji na Kindle, dostępne naturalnie na Amazon za bardzo niewielką sumę. Niestety z o wiele gorszą okładką niż wersja PL.

piątek, 10 sierpnia 2012

Intensywny trening wyobraźni i wielobój naukowo-filozoficzny - Ted Chiang "Stories of Your Life and Others"


Nawet jeśli drogi Czytelniku nigdy nie zetknąłeś się z literaturą science-fiction ten zbiór opowiadań to świetny początek wędrówki. Nawet jeśli przetrawiłeś setki kilometrów stron i znasz dziesiątki autorów to i tak będziesz zachwycony. Gwarantuję. Zbiór opowiadań Teda Chianga - amerykańskiego autora chińskiego pochodzenia to fantastyka dokładnie taka jak powinna być, to esencja tego co w tej literaturze, myśleniu, ideach, wizjach osobiście lubię najbardziej. Przekrój gigantyczny - od rozważań o uprawianiu nauki w czasach post-ludzkich, po niesamowite nawiązania do wątków biblijnych (Wieża Babel), prognozowanie efektów fizycznego i empirycznego pojawiania się Aniołów w naszej rzeczywistości, filozoficzno-psycholingwistyczne próby porozumienia z Obcymi, socjologiczne efekty farmakologicznej blokady odbioru piękna, ekstatyczne skutki zażywania leku rozszerzającego świadomość i próby wywołania rewolucji społecznych przy użyciu golemów w XIX w. Londynie. Nie mówiąc o głęboko etycznych konsekwencjach tworzenia sztucznych, myślących i czujący bytów (zamykający tom, słynny "The Lifecycle of Software Objects"). Antropomorfizacja obiektów programistycznych? Pewnie nas to w końcu czeka.*

Każdy z tekstów wchodzących w skład tego zbioru to odrębna, wciągająca rzeczywistość, każdy napisany z niezwykłym wyczuciem stylu, z klarowną i spójną wizją, zaskakujący i prowokujący do myślenia, do zadawania pytań, do zastanawiania się nad często niezauważalnymi zjawiskami kierującymi naszym myśleniem, naszą rzeczywistością. Chiang nie lubi banałów, prostych morałów i przetartych klisz, wie doskonale kiedy przerwać opowieść, pozwolić Czytelnikowi na własną interpretację. Niesamowite jest, że trudno w tym zbiorze znaleźć jakieś słabe punkty - praktycznie każdy tekst broni się jako odrębna całość, a razem tworzą doprawdy piorunującą mieszankę. Napisać dobre opowiadanie s-f to sztuka, a wypełnić dobrymi opowiadaniami cały tom to mistrzostwo conajmniej olimpijskie, dlatego polecam gorąco ten zbiór wszystkim zainteresowanym. A ja trzymam kciuki by Chiang zdecydował się w końcu na pełnowymiarową powieść. Hard s-f is not dead :).

* Jak słusznie zauważyli Czytelnicy moja pomyłka, "The Lifecycle..." nie wchodzi w oryginalny skład tomu, ale można za free przeczytać w Necie, link w komentarzach :).

środa, 11 lipca 2012

Interludium okołowakacyjne

Chwilowo będzie trochę okołowakacyjnego odpoczynku. Filmowe oczekiwanie na "Prometeusza" Scotta i ostatniego Batmana w reżyserii Nolana. Oby dały radę, odliczanie trwa. W lekturze The Gap Series Donaldsona - space opera ciemna, gęsta, mroczna, ciężka i diabelsko dobrze napisana. S.R. Donaldson pisze jak demon, to ta liga co Swanwick, Wolfe, Mieville - mrok ludzkiej psychiki i mrok kosmosu - będzie co zrecenzować. W planach lektura klasyki - Kroniki Amberu Zelaznego (za mną tego autora: "Lords of Light" i "The Island of Dead" - wspaaaniałe! Zelazny mistrz!) plus "Dark Eden" Becketta i "Aristoi" Waltera Jona Williamsa. No i trzeba wreszcie znaleźć czas na zaległości w dziełach Wolfe ;). No i oby Peter Watts wreszcie skończył zapowiadane "State of Grace". Z wieści muzycznych, ale jakoś tak okołofantastycznych - nadchodzi nowa płyta Dead Can Dance, pierwsza ich nowa płyta od 16 lat... Niesamowite dźwięki, doskonałe w zestawie ze świetną fantastyką (na przykład z... Wolfe :D).


Ponieważ fragmenty ich nowej płyt znikają z netu, to wrzucę absolutną Klasykę...

środa, 4 lipca 2012

Czy androidy śnią o mechanicznych aniołach - cyberpunk teologiczno-filozoficzny? - Chris Beckett - "The Holy Machine"

A young computer scientist is lead the microphone. 'I never meant to suggest that our programs were a rival to a human mind. There were only intended to model certain aspects of...' The preacher roars at him:'Acknowledge your sin, brother, acknowledge your sin! Don't compound it!'.

Bardzo dobry debiut, jedna z ciekawszych książek, jakie ostatnio miałem przyjemność czytać. Historia skrytego, nieśmiałego, niedostosowanego społecznie George'a Simlinga, który zakochuje się w nierealnie pięknej Lucy, mająca miejsce w mieście naukowców i racjonalistów - odciętej od świata Illyrii. Nie byłoby w tym nic specjalnie nadzwyczajnego, gdyby nie fakt że Lucy jest maszyną, a w dodatku sięgając po określenie "Blade Runnerowskie" - modelem rozrywkowym. Co gorsza wbrew zamiarom jej konstruktorów zaczyna kiełkować w jej mechanicznym umyśle świadomość. A świadomość nie jest tym co powinny posiadać mechaniczne kukły, szczególnie te zbudowane by zaspokajać wszelakie potrzeby swoich ludzkich „użytkowników". Kukły tylko nieporadnie symulujące prawdziwe ludzkie zachowania, pozbawione praw i traktowane jak przedmioty – cenne, ale tylko udające żywe istoty, jakościowo różne od „prawdziwego życia”. A wokół Illyrii świat ogarnięty obłąkanym, religijnym fanatyzmem (Reakcją), gdzie dla większości walczących religii maszyny udające ludzi symbolizują wszystko co najgorsze - ingerowanie w Boże prawa i korzystanie z demonicznych, trucicielskich mocy. Świat wcale nie taki nierealistyczny i niemożliwy do wyobrażenia sobie, jeśli posłucha się mądrości głoszonych przez niektórych, współczesnych "duszpaszterzy". Dodajmy do tego uzależniającą, narkotyczną wirtualną rzeczywistość, jeszcze bardziej "prawdziwą" i "intensywną" od realnego świata, ekonomiczny wyzysk i brutalną politykę. Piorunująca mieszanka.

When this one makes remark to subject, this one self-refers as 'I','Me'. Supplementary observation: When subject makes remark to this one, subject refers to this one as 'Lucy'. I.Me.Lucy. I.Me.Lucy.

Efekt - bardzo, bardzo wciągająca historia, w której klasyczne motywy z dziedziny filozofii umysłu (czy świadomość może "pojawić się" jeśli zostaną spełnione odpowiednie "warunki brzegowe"? czy myśląca, samoświadoma maszyna może być traktowana jak człowiek? czy symulacja uczuć jest tym samym co uczucia? czy są jakieś powody, dla których symulacja rzeczywistości jest lepsza/gorsza od "autentycznej" rzeczywistości?) z wyczuciem połączone są z dość przygnębiającą wizją przyszłości nękanej przez demony wszechobecnego kryzysu, nacjonalizmu, ksenofobii, wojen, terroryzmu. Do tego wcale nieoczywista, daleka od jedno-wymiarowości i banalnych wniosków dyskusja o rolach religii, etyki, moralności w cyfrowym, rozpędzonym świecie (tak na marginesie - to właśnie religia bardzo fascynuje myślące maszyny, szukające w mistycyzmie sensu swojej egzystencji). Beckett pokazuje też, jak bardzo podobne mogą być do siebie różne formy myślenia fanatycznego, radykalnego - mimo różnych "treści" (naukowych, religijnych) ich konstrukcje są zawsze podobne, oparte na lęku przed wszystkim co inne, burzące "oczywisty", "jedyny słuszny" obraz otaczającego świata.

Mnóstwo w zasadzie klasycznych motywów (wiadomo - P.K. Dick i zbuntowane androidy, F.Herbert i religijna nienawiść do myślących maszyn, Gibsonowskie narkotyzowanie się wirtualem, staczająca się w regres cywilizacja obecna choćby u Stephensona, Orwellowska kontrola nad prawdą), ale sprawność i świadomość z jaką Beckett łączy je w bardzo spójną całość naprawdę zasługuje na szacunek. Dodatkowe plusy za przekonujących bohaterów, świetny styl i bardzo dobre zakończenie. Polecam bez żadnego wahania - lektura przeczytana jednym tchem i kolejny autor dodany do listy wartych uwagi. A sam jestem bardzo ciekaw drugiej powieści Chrisa Becketta - "Dark Eden". Recenzje na Amazonie bardzo pozytywne, obiecuję przetestować empirycznie :).
A tak na marginesie - moim zdaniem „The Holy Machine” to książka z dużym potencjałem "ekranizacyjnym", ciekawe czy jakiś Scott czy inny Nolan kiedyś się nią zainteresują. Oby.

Oczywiste skojarzenie muzyczne - androidy, miłość i chyba najlepsza piosenka Bjork - "All is full of love":